Misyjne drogi
Życie oddane Chinom
Józef Freinademetz - Fu Shenfu
Józef Freinademetz z natury nie miał zdolności przywódczych. Dlatego, jak ktoś zauważył, zawsze stawiano go na drugim miejscu. Nie został biskupem misyjnym, choć miał na to szanse. Na misjach nie dokonał jakiegoś spektakularnego dzieła. Był jednak całkowicie i bez reszty oddanym misjonarzem, który jako pierwszy przecierał werbistom szlaki w Chinach i położył trwały fundament pod dzieło misyjne w tym kraju.
Kiedy w 1975 r. Arnold Janssen otworzył w Steyl w Holandii swój pierwszy Dom Misyjny, Józef Freinademetz, czytający jego pełne żarliwości misyjnej odezwy jako jeden z pierwszych zgłosił gotowość współpracy z założycielem nowego instytutu misyjnego. Był już wtedy młodym kapłanem. Pochodził z południowego Tyrolu, urodził się w małej górskiej osadzie Oies w 1952 r., a potem po ukończeniu studiów teologicznych w niedalekim Bressanone w 1875 r. przyjął święcenia kapłańskie. Otrzymał pozwolenie swojego biskupa, który choć czuł, że traci nieprzeciętnego kapłana, powiedział jednak znamienne słowa: „jako biskup Bressanone mówię nie , ale jako biskup Kościoła powszechnego powiadam tak”. Z tym błogosławieństwem latem 1878 r. przybył do Steylu. Tu tylko siedem miesięcy spędził u boku założyciela, ojca Arnolda Janssena. Już w marcu następnego roku on i Jan Baptysta Anzer, po uroczystym pożegnaniu, jako pierwsi misjonarze ze Steylu wyruszyli do Chin.
Droga misyjna w Chinach od samego początku była kamienista i wymagała ogromnych ofiar. Najpierw nauka jakże trudnego języka. A ponadto realia, które tu spotkał, dalekie były od ideału, o którym marzył przygotowując się do pracy w Chinach. Chińczycy byli wobec pracy misjonarza nie tylko nieufni, ale często wręcz wrogo nastawieni. Chrześcijaństwo było dla nich siłą obcą, niszczącą tradycję Chin i rodzimą obyczajowość. Dlatego należało je zwalczać.
Ojciec Freinademetz odczuł to na co dzień. Pierwsze lata spędził w Hongkongu, gdzie uczył się misyjnego rzemiosła. Hongkong był wtedy już wielkim, międzynarodowym miastem. Liczył 140 000 Chińczyków i 10 000 obcokrajowców, ale zaledwie tysiąc chińskich katolików. Freinademetz czuł się tu samotnie i obco. On przybył z zupełnie innego świata, z samego serca Europy i marzył, aby na skutek wygłaszanych kazań i udzielanych chrztów ze zmęczenia opadały mu ręce. A tu prawie wszędzie napotykał religijną obojętność i wrogość. A szczególnie bolało młodego misjonarza, kiedy dzieci, i nie tylko one, biegnąc za nim wszędzie krzyczały: „obcy diabeł”. W domu było zupełnie inaczej. Tam spotykał się zawsze z katolickim pozdrowieniem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
To wszystko było powodem frustracji i napełniało go pesymizmem. „Chiny to naprawdę kraj diabła – pisał do swoich rodziców. Nawet powietrze, którym się tu oddycha, jest przesiąknięte pogaństwem”.
Czas jednak robił swoje. Niezliczone wędrówki do wspólnot katolickich rozsianych po licznych wyspach i odległych miejscowościach dawały okazję do nowych przemyśleń i coraz głębszego poznawaniu kraju, a zwłaszcza lepszego poznawania języka i życia ludzi, a tym samym do korygowania uprzedzeń wobec Chińczyków. Im lepiej bowiem poznawał miejscowe obyczaje, tym bardziej zaczynał myśleć po chińsku, a nawet zmienił swoje nazwisko na Fu Shenfu, co oznaczało: Kapłan szczęścia. Coraz bardziej też zewnętrznie upodabniał się do Chińczyków w ubiorze, z noszeniem warkocza włącznie.
Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że to tylko początek. Pod koniec pobytu w Hongkongu pisał: „Najważniejsze pozostało mi jeszcze do zrobienia, a tym jest wewnętrzna przemiana: muszę poznać chiński światopogląd, chińskie obyczaje i zwyczaje, chiński charakter i uzdolnienia. A tego nie można dokonać w jednym dniu. Również nie w jednym roku. Ani bez niektórych bolesnych doświadczeń”.
I to stało się jego życiowym programem: z Tyrolczyka stać się Chińczykiem. Następowało to powoli, ale coraz wyraźniej i głębiej. Zwłaszcza, kiedy w 1881 r. Freinademetz i Anzer przejęli powierzoną werbistom misję w południowym Shantungu. Początki były tu nie tylko ubogie, ale wprost prymitywne. Nie było niczego. Misja liczyła zaledwie 158 katolików na terenie zamieszkałym przez osiem milionów Chińczyków, a siedzibą była mała wioska Puoli, licząca zaledwie tysiąc mieszkańców. Ze Steylu zaczęli jednak dojeżdżać wciąż nowi misjonarze i misja szybko się rozwijała.
Ojciec Freinademetz aż do początku lat 90. nadal jednak prowadził twarde życie misjonarza wędrownika. Przeważnie konno lub na ośle całymi tygodniami był w drodze, odwiedzając swoich wiernych i starając się pozyskiwać dla Chrystusa nowych wyznawców. Życie wędrowca nadal formowało go wewnętrznie. Na długich samotnych drogach miał dosyć czasu do modlitewnych rozważań i wciąż na nowo stawiał sobie pytanie: po co przybyłem do Chin? To nieustannie go mobilizowało, aby coraz lepiej poznawać Chińczyków i obdarzać ich coraz większym zaufaniem. A im bliżej poznawał Chińczyków, tym bardziej zaczynał ich również kochać. Kiedy w 1886 r. składał śluby wieczyste, mógł już w swoim dzienniku zapisać: „Twój los, Józefie, się wypełnił. Całe twoje życie jest teraz dla twoich ukochanych Chińczyków.”
Za tymi słowami stało wyznanie kogoś, kto nie tylko poznał życie Chińczyków, ale kto przełamał pewien duchowy kryzys i doznając wewnętrznej przemiany, dobrze się również pośród nich poczuł, kto zapragnął wśród nich już pozostać na zawsze. Ojciec Freinademetz odczuwał odtąd prawdziwą radość i szczęście, że dla Chin i Chińczyków na zawsze opuścił swoją ojczyznę, rodzinę i przyjaciół. Odtąd zwykł mawiać: „Również w niebie chciałbym być Chińczykiem”.
Nie brakowało współbraci, którzy przywiązanie swojego przełożonego do Chińczyków uważali za przesadne. Pisali nawet do Założyciela, aby odwołał Freinademetza do Europy, gdyż, jak argumentowali, samym przeświadczeniem, że w Chińczykach trzeba widzieć jedynie dobre strony, nie zdoła się ich nawrócić. On jednak na wszelką krytykę miał jedną odpowiedź: „Język miłości jest jedyną mową zrozumiałą dla wszystkich” i do końca życia nie zmienił swojej taktyki i podejścia do Chińczyków z pełną miłością i zaufaniem. Mimo że doświadczył z ich strony wielu przykrości, związanych zwłaszcza z zamordowaniem w 1897 r. dwóch współbraci, ojców Niesa i Henle’a oraz podczas powstania bokserów, które wrogo nastawione wobec wszystkich obcokrajowców, groziło upadkiem całej misji. Pozostał wtedy na posterunku w siedzibie misji w Puoli prawie sam, gotując się na męczeńską śmierć.
Niebezpieczeństwo jednak minęło. Misja nadal się rozwijała i w 1907 r. mógł Ojciec Freinademetz świętować jubileusz 25-lecia Misji Południowy Szantung jako jej przełożony. Cieszył się, że z tak niepozornego początku rozwijał się Kościół lokalny, który liczył już przeszło 40 000 katolików. Jego siły były jednak coraz słabsze i często zapadał na zdrowiu. Kiedy 28 stycznia 1908 r. zarażony tyfusem Fu Shenfu umarł, miał zaledwie 58 lat. Wszyscy przeświadczeni byli o jego świętości i na wieść o jego śmierci modlili się nie tylko za niego, ale również do niego. Chińczycy z płaczem odwiedzali stację misyjną, a jeden, dając świadectwo miłości, jaką go otaczano, powiedział wprost: „Czuję się jakbym utracił ojca i matkę”.
Dla wielu Chińczyków o. Freinademetz przez swoją dobroć rzeczywiście był ojcem i matką. Dlatego z pewnością również w niebie, jak tego pragnął, czuje się Chińczykiem. Kościół, za pośrednictwem Pawła VI w dniu 19 października 1975 r. zaliczył go w poczet błogosławionych, a kanonizował 5 października 2003 r. Ojciec Święty Jan Paweł II.
Kiedy w 1975 r. Arnold Janssen otworzył w Steyl w Holandii swój pierwszy Dom Misyjny, Józef Freinademetz, czytający jego pełne żarliwości misyjnej odezwy jako jeden z pierwszych zgłosił gotowość współpracy z założycielem nowego instytutu misyjnego. Był już wtedy młodym kapłanem. Pochodził z południowego Tyrolu, urodził się w małej górskiej osadzie Oies w 1952 r., a potem po ukończeniu studiów teologicznych w niedalekim Bressanone w 1875 r. przyjął święcenia kapłańskie. Otrzymał pozwolenie swojego biskupa, który choć czuł, że traci nieprzeciętnego kapłana, powiedział jednak znamienne słowa: „jako biskup Bressanone mówię nie , ale jako biskup Kościoła powszechnego powiadam tak”. Z tym błogosławieństwem latem 1878 r. przybył do Steylu. Tu tylko siedem miesięcy spędził u boku założyciela, ojca Arnolda Janssena. Już w marcu następnego roku on i Jan Baptysta Anzer, po uroczystym pożegnaniu, jako pierwsi misjonarze ze Steylu wyruszyli do Chin.
Droga misyjna w Chinach od samego początku była kamienista i wymagała ogromnych ofiar. Najpierw nauka jakże trudnego języka. A ponadto realia, które tu spotkał, dalekie były od ideału, o którym marzył przygotowując się do pracy w Chinach. Chińczycy byli wobec pracy misjonarza nie tylko nieufni, ale często wręcz wrogo nastawieni. Chrześcijaństwo było dla nich siłą obcą, niszczącą tradycję Chin i rodzimą obyczajowość. Dlatego należało je zwalczać.
Ojciec Freinademetz odczuł to na co dzień. Pierwsze lata spędził w Hongkongu, gdzie uczył się misyjnego rzemiosła. Hongkong był wtedy już wielkim, międzynarodowym miastem. Liczył 140 000 Chińczyków i 10 000 obcokrajowców, ale zaledwie tysiąc chińskich katolików. Freinademetz czuł się tu samotnie i obco. On przybył z zupełnie innego świata, z samego serca Europy i marzył, aby na skutek wygłaszanych kazań i udzielanych chrztów ze zmęczenia opadały mu ręce. A tu prawie wszędzie napotykał religijną obojętność i wrogość. A szczególnie bolało młodego misjonarza, kiedy dzieci, i nie tylko one, biegnąc za nim wszędzie krzyczały: „obcy diabeł”. W domu było zupełnie inaczej. Tam spotykał się zawsze z katolickim pozdrowieniem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
To wszystko było powodem frustracji i napełniało go pesymizmem. „Chiny to naprawdę kraj diabła – pisał do swoich rodziców. Nawet powietrze, którym się tu oddycha, jest przesiąknięte pogaństwem”.
Czas jednak robił swoje. Niezliczone wędrówki do wspólnot katolickich rozsianych po licznych wyspach i odległych miejscowościach dawały okazję do nowych przemyśleń i coraz głębszego poznawaniu kraju, a zwłaszcza lepszego poznawania języka i życia ludzi, a tym samym do korygowania uprzedzeń wobec Chińczyków. Im lepiej bowiem poznawał miejscowe obyczaje, tym bardziej zaczynał myśleć po chińsku, a nawet zmienił swoje nazwisko na Fu Shenfu, co oznaczało: Kapłan szczęścia. Coraz bardziej też zewnętrznie upodabniał się do Chińczyków w ubiorze, z noszeniem warkocza włącznie.
Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że to tylko początek. Pod koniec pobytu w Hongkongu pisał: „Najważniejsze pozostało mi jeszcze do zrobienia, a tym jest wewnętrzna przemiana: muszę poznać chiński światopogląd, chińskie obyczaje i zwyczaje, chiński charakter i uzdolnienia. A tego nie można dokonać w jednym dniu. Również nie w jednym roku. Ani bez niektórych bolesnych doświadczeń”.
I to stało się jego życiowym programem: z Tyrolczyka stać się Chińczykiem. Następowało to powoli, ale coraz wyraźniej i głębiej. Zwłaszcza, kiedy w 1881 r. Freinademetz i Anzer przejęli powierzoną werbistom misję w południowym Shantungu. Początki były tu nie tylko ubogie, ale wprost prymitywne. Nie było niczego. Misja liczyła zaledwie 158 katolików na terenie zamieszkałym przez osiem milionów Chińczyków, a siedzibą była mała wioska Puoli, licząca zaledwie tysiąc mieszkańców. Ze Steylu zaczęli jednak dojeżdżać wciąż nowi misjonarze i misja szybko się rozwijała.
Ojciec Freinademetz aż do początku lat 90. nadal jednak prowadził twarde życie misjonarza wędrownika. Przeważnie konno lub na ośle całymi tygodniami był w drodze, odwiedzając swoich wiernych i starając się pozyskiwać dla Chrystusa nowych wyznawców. Życie wędrowca nadal formowało go wewnętrznie. Na długich samotnych drogach miał dosyć czasu do modlitewnych rozważań i wciąż na nowo stawiał sobie pytanie: po co przybyłem do Chin? To nieustannie go mobilizowało, aby coraz lepiej poznawać Chińczyków i obdarzać ich coraz większym zaufaniem. A im bliżej poznawał Chińczyków, tym bardziej zaczynał ich również kochać. Kiedy w 1886 r. składał śluby wieczyste, mógł już w swoim dzienniku zapisać: „Twój los, Józefie, się wypełnił. Całe twoje życie jest teraz dla twoich ukochanych Chińczyków.”
Za tymi słowami stało wyznanie kogoś, kto nie tylko poznał życie Chińczyków, ale kto przełamał pewien duchowy kryzys i doznając wewnętrznej przemiany, dobrze się również pośród nich poczuł, kto zapragnął wśród nich już pozostać na zawsze. Ojciec Freinademetz odczuwał odtąd prawdziwą radość i szczęście, że dla Chin i Chińczyków na zawsze opuścił swoją ojczyznę, rodzinę i przyjaciół. Odtąd zwykł mawiać: „Również w niebie chciałbym być Chińczykiem”.
Nie brakowało współbraci, którzy przywiązanie swojego przełożonego do Chińczyków uważali za przesadne. Pisali nawet do Założyciela, aby odwołał Freinademetza do Europy, gdyż, jak argumentowali, samym przeświadczeniem, że w Chińczykach trzeba widzieć jedynie dobre strony, nie zdoła się ich nawrócić. On jednak na wszelką krytykę miał jedną odpowiedź: „Język miłości jest jedyną mową zrozumiałą dla wszystkich” i do końca życia nie zmienił swojej taktyki i podejścia do Chińczyków z pełną miłością i zaufaniem. Mimo że doświadczył z ich strony wielu przykrości, związanych zwłaszcza z zamordowaniem w 1897 r. dwóch współbraci, ojców Niesa i Henle’a oraz podczas powstania bokserów, które wrogo nastawione wobec wszystkich obcokrajowców, groziło upadkiem całej misji. Pozostał wtedy na posterunku w siedzibie misji w Puoli prawie sam, gotując się na męczeńską śmierć.
Niebezpieczeństwo jednak minęło. Misja nadal się rozwijała i w 1907 r. mógł Ojciec Freinademetz świętować jubileusz 25-lecia Misji Południowy Szantung jako jej przełożony. Cieszył się, że z tak niepozornego początku rozwijał się Kościół lokalny, który liczył już przeszło 40 000 katolików. Jego siły były jednak coraz słabsze i często zapadał na zdrowiu. Kiedy 28 stycznia 1908 r. zarażony tyfusem Fu Shenfu umarł, miał zaledwie 58 lat. Wszyscy przeświadczeni byli o jego świętości i na wieść o jego śmierci modlili się nie tylko za niego, ale również do niego. Chińczycy z płaczem odwiedzali stację misyjną, a jeden, dając świadectwo miłości, jaką go otaczano, powiedział wprost: „Czuję się jakbym utracił ojca i matkę”.
Dla wielu Chińczyków o. Freinademetz przez swoją dobroć rzeczywiście był ojcem i matką. Dlatego z pewnością również w niebie, jak tego pragnął, czuje się Chińczykiem. Kościół, za pośrednictwem Pawła VI w dniu 19 października 1975 r. zaliczył go w poczet błogosławionych, a kanonizował 5 października 2003 r. Ojciec Święty Jan Paweł II.
O. Antoni Koszorz SVD

