Misyjne drogi
57 lat w słuzbie misji
„Misyjne Drogi”: Jak zrodziło się powołanie misyjne Brata?
Brat Stanisław Wyryma OMI: Przede wszystkim muszę powiedzieć, ze w naszym domu panowała głęboko religijna atmosfera. Sprawy Kościoła leżały nam bardzo na sercu. Często o tym myślałem, aby zostać misjonarzem w dalekich krajach i przyczynić się do rozszerzenia Królestwa Bożego. Właściwym impulsem mojej decyzji stało się ogłoszenie w Przewodniku Katolickim, umieszczone tam przez naszych Ojców, którzy dopiero co przybyli do naszego niepodległego kraju. To było właśnie to! Zgłosiłem się. Myślałem najpierw o kapłaństwie, jednak postanowiłem zostać bratem zakonnym, tym bardziej ze podobała mi się praca zawodowa, lubiłem grzebać przy samochodzie i radiu.A jak doszło do wyjazdu na misje?
Najpierw był oczywiście postulat w Krotoszynie, a potem nowicjat w Markowicach. Były to pionierskie lata. Nowo nabyty klasztor pokarmelitański był prawdziwą ruiną. W to trudno uwierzyć, ale wieczorami można było przez sufit oglądać gwiazdy, a nie daj Boże, gdy padał deszcz! W nowicjacie poznałem bliżej naszego o. Założyciela. Muszę powiedzieć, że był zawsze dla mnie wzorem gorliwości o sprawę Bożą. Potem spędziłem dwa lata w junioracie w Lublińcu. Bardzo lubiłem młodzież. Gdy założono seminarium duchowne w Obrze, zostałem tam przeniesiony. Wszędzie trzeba było coś naprawić. Gdy w 1926 r. do Obry przybył ks. biskup Alfred Guyomard OMI z Dżafny na Cejlonie (teraz Cejlon nazywają Sri Lanka) i wygłosił nam konferencję o swoich misjach, byłem jednym z pierwszych, którzy się zgłosili. Ale cóż, zachorowałem na płuca i biskup się bał, że mógłbym mu umrzeć na statku. Dwa lata później wyjeżdżała już druga grupa 7 misjonarzy na Cejlon. Znalazłem się w ich gronie. Mój wyjazd poparł lekarz, który twierdził, że właśnie klimat Cejlonu może mnie postawić na nogi. Jak widzicie, miał rację. Od tego czasu minęło 57 pełnych lat.Rozpoczęła się zatem praca misyjna na Cejlonie. Niech Brat ją nam choć pobieżnie przedstawi.
Najpierw byłem przez 12 lat razem z innymi polskimi misjonarzami na północy wyspy w Dżafnie. Kolejno przez 15 lat - aż do 1955 r. - w naszym sanktuarium maryjnym w Madhu, około 180 km na południe od Dżafny. Potem przez 9 lat w centrum wyspy, w seminarium narodowym Sri Lanki w Kandy, a od 1964 r. przebywam w naszej szkole w Maggona, 50 km na południe od stolicy kraju Kolombo.Jakie były zajęcia Brata? Który z tych okresów Brat najmilej wspomina?
Najmilej wspomina się zwykle pierwszy okres pracy misyjnej. W moim przypadku była to Dżafna. Czego tam nie robiłem! Choć powierzano mi przede wszystkim prace ślusarskie i elektryczne, to jednak jak to na misjach bywa, trzeba być od wszystkiego. Dużo radości sprawiała mi praca z młodzieżą. Bardzo pomyślnie rozwijały się wtedy różne stowarzyszenia. Graliśmy wiele przedstawień. Dzieci mnie lubiły. Moją pasją był również nasz pierwszy radiowęzeł.Podobno nawet zawezwano Brata do pomocy przy państwowej radiostacji w Kolombo?
W latach trzydziestych założono w Kolombo pierwszą radiostację na cały Cejlon. Funkcjonowała ze zmiennym szczęściem. Gdy kiedyś znów nie nadawała, a nie mogli doczekać się specjalistów z zagranicy, posłali po mnie do Dżafny. Pojechałem i jakoś im pomogłem. Było to dokładnie w 1933 r.Gdy już znalazłem się w Madhu, założyłem pierwszą instalację elektryczną i nagłaśniającą. Dla rzeszy pielgrzymów sięgającej czasem 200 tys. była ona wprost nieodzowna. Byłem też pierwszym kinooperatorem w Dżafnie. Nazywali mnie „czarownikiem”, bo potrafiłem sprawić, że ludzie na obrazkach chodzili i mówili. Pierwsze filmy gromadziły tłumy. Biskup ze mnie często żartował: „Gdy ty się zjawiasz, zawsze są tłumy, a gdy ja, to tylko nasi wierni”.
Brat wspominał o wielkiej liczbie pielgrzymów w Madhu — czy chrześcijaństwo miało wówczas już tak licznych wyznawców?
Chrześcijaństwo rozwijało się na Cejlonie powoli. Katechumeni grupowali się przede wszystkim z niższych kast. Na uroczystości w Madhu przybywali jednak chrześcijanie z daleka - nawet z odległości 200 km. Matka Boża jest tam w wielkiej czci. Pomocą przy słuchaniu spowiedzi św. służyło czasem nawet 70 misjonarzy. Spowiadali od rana do północy. Na mnie spoczywało wiele spraw organizacyjnych. Było wiele nieprzespanych nocy. Obchody trwały zwykle cały tydzień, a czasem nawet i dwa. W 1949 r. urządziliśmy peregrynację naszej cudownej figury po całej diecezji.Trzeba też zaznaczyć, że do Madhu przybywało zawsze bardzo wielu buddystów. Buddyści obchodzą w naszym czasie wielkanocnym swój nowy rok. Podobnie jak hindusi bardzo czczą Matkę Bożą w Madhu. Świętowaliśmy zatem razem. Wyprzedzaliśmy ruch ekumeniczny coraz bardziej powszechny za naszych czasów. Interesowałem się zawsze obrzędami buddystów. Posiadają niezwykle szczegółowe rytualne przepisy. Przy obchodach nowego roku określa się dokładnie kolor ubioru, czas modlitw, kąpieli, potraw oraz postawę, jaką należy przyjąć. Opiszę to kiedyś obszerniej.
Uroczystości w Madhu jednak nie trwały przez cały rok. Czym Brat się poza tym zajmował?
Przy takiej placówce, jak Madhu zawsze jest coś do roboty. Wiele czasu zajmowało mi zaopatrzenie misji. Do przewozów zbudowaliśmy sobie ze starego autobusu ciężarówkę. Nawet nieźle się prezentowała, a najważniejsze, że służyła nam przez wiele lat. Przysporzyła jednak też niemało kłopotów. Raz ledwie uszedłem cało z życiem. Wracałem nocą transportem z Dżafny. Nagle, wskutek pęknięcia przekładni kierownicy uderzyliśmy w drzewo. Byłem ubrany w sutannę i za pasem tkwił mój krzyż misjonarski. Kierownica jakby cudem się na nim zatrzymała. Nic mi się nie stało. (Brat z szacunkiem pokazuje swój krzyż, na którym pozostały ślady wygięcia). Stanęliśmy w samym sercu dżungli. Rano nas odnaleziono i odholowano.Czy dżungla nadal jest bardzo groźna? Miał Brat wiele przygód?
Dzisiaj to już nie to, co kiedyś, ale Pan Bóg miał nas zawsze w Swojej opiece. Gdy raz stanąłem w dżungli, około 15 km od Dżafny, na skutek awarii silnika, wskoczył mi na tył ciężarówki pokaźny niedźwiedź. Niczego nie znalazłszy do jedzenia, zajrzał przez szybę do kabiny i zeskoczył. Następnie położył się pod wozem. Ja usnąłem w kabinie i tak przespaliśmy całą noc. Rano sobie poszedł. Pewnego razu niedźwiedź gonił mnie jadącego na rowerze przez jedną milę. Udało mi się zbiec. Innym razem bawół chciał mnie wziąć na rogi, ale nie zdążył. Tak, ale wtedy jeszcze byłem młody.Brat wspominał, że w Dżafnie pasjonował się pracą wśród młodzieży. Czy w Madhu było podobnie?
Stowarzyszeń tam nie było, ale za to przychodziło wiele dzieci na pielgrzymki, a często gościliśmy je również na wakacjach. To były bardzo miłe spotkania!Gdy Brat był w Kandy, to jednak tych dzieci zabrakło ?
Trochę tak, ale byli za to klerycy. Serce się radowało, gdy się widziało taką dużą grupę. Było ich wtedy ponad 200. Wielu z nich pomagało mi przy zakładaniu nowych instalacji w zabudowaniach seminaryjnych. Trwało to kilka lat. Wymieniliśmy całą instalację wodociągową, kanalizacyjną oraz elektryczną.Ale w Maggona Brat znowu się znalazł jak dawniej wśród młodzieży?
Bardzo się ucieszyłem, gdy mnie tam przeniesiono, jednak była to młodzież zupełnie inna. W Maggona oblaci założyli jeszcze w ubiegłym stuleciu szkołę dla młodzieży trudnej. Byli tam nie tylko chrześcijanie, ale w większości buddyści i hindusi. Było ich przeszło 400. Gdy w 1948 r. Cejlon uzyskał niepodległość, pozwolono nam przyjmować tylko chrześcijan. Zrobiono to z tego powodu, że większość młodzieży buddyjskiej i hinduskiej przyjmowała tam chrzest św. Nie było to na rękę rządowi o wyraźnie buddyjskim nastawieniu. Gdy w 1950 r. upaństwowiono wszystkie nasze szkoły i szpitale, pozostawiono Maggonę w naszych rękach. Państwo nie garnęło się zbytnio do takiej pracy. A muszę powiedzieć, że jest to praca niełatwa.Ponieważ pozostało w szkole wiele pomieszczeń wolnych, pozwolono nam dodatkowo jeszcze otworzyć sierociniec dla 200 dzieci. To już są bardzo miłe dzieci! Rozbudowaliśmy warsztaty i otworzyliśmy w nich ośrodek przysposobienia zawodowego. Mamy warsztaty mechaniki, stolarstwa, tkactwa, krawiectwa (tylko dla dziewcząt). Uczymy też rachunkowości i mamy drukarnię. Na naukę przychodzi również wiele młodzieży z zewnątrz.
W Maggona pracował przez blisko 50 lat mój kochany przyjaciel, brat Stefan Duda ze Śląska. To miło mieć przy sobie przyjaciela, rodaka!
Co Brat teraz konkretnie robi? Przecież w wieku 80 lat należy się już Bratu wypoczynek.
Dopóki można, trzeba pracować i chcę pracować. W Maggorna mam pod sobą konserwację maszyn. W takiej szkole ciągle jest coś do naprawienia. Często wołają mnie jeszcze do pomocy na zewnątrz. Zwykle tak już jest, gdy się niby jest w wieku emerytalnym, to ma się najwięcej etatów.Brat jest już od kilku tygodni w Polsce — co Brata u nas najbardziej cieszy?
Oczywiście przywiązanie wiernych do Kościoła, a zwłaszcza to, że tyle młodzieży garnie się do pracy na misjach, jest również znowu wielu nowicjuszów-braci, którzy pragną pojechać na misje. Jest jeszcze tyle krajów, które potrzebują misjonarzy. Oby się wszyscy dobrze ugruntowali w swoich powołaniach.Pod jakim względem powinni się przede wszystkim przygotować?
Chyba nie muszę o tym mówić, że powinni być przede wszystkim ludźmi głębokiej wiary i modlitwy, tak jak nasz o. Założyciel. Wierni muszą się przekonać, że misjonarz modlitwę bardzo sobie ceni. Poza tym trzeba być bardzo ludzkim, tzn. trzeba umieć nawiązywać kontakty z ludźmi, trzeba ich miłować, umieć towarzyszyć ich zajęciom, im pomagać. Pamiętam, jak bardzo się nasi rybacy w Dżafnie zawsze cieszyli, gdyśmy szli do portu, aby ich przywitać, gdy wracali z połowu, kiedyśmy się z nimi radowali, gdy połów był udany, a pocieszali, gdy się nie udał. Aby się zbliżyć do ludzi, trzeba możliwie dobrze poznać ich język. Nie zaszkodzi, gdy zna się więcej języków, wtedy można jeszcze więcej zrobić dla sprawy Bożej. Mnie osobiście jeszcze poza tym się wydaje, że misjonarz powinien być człowiekiem bardzo łagodnym i cierpliwym. Łagodnością można wszystkich rozbroić. Mógłbym na to przytoczyć wiele przykładów.Dlaczego Brat wraca na Sri Lankę?
Chciałbym tam dokonać żywota. Związałem się z tym krajem i jego mieszkańcami. Doznaję tam wiele życzliwości i muszę powiedzieć, jak na stare lata - również wiele wdzięczności. Dwa lata temu uświetniono mój diamentowy jubileusz życia zakonnego. Na uroczystość przybył nasz ks. biskup Edmund Fernando. Przybył również Charge d'affaires Polskiej Ambasady w Kolombo, Apolinary Drożdż i bardzo mili pracownicy jego sekretariatu. Bardzo mnie to wzruszyło. Teraz gdy umarł mój długoletni przyjaciel, brat Stefan, takie odwiedziny z ojczyzny bardzo cieszą. Z pocztą z kraju jest teraz niestety gorzej jak przed wojną. Przed wojną otrzymywałem list za 9 dni - a teraz dochodzi czasem dopiero za 2 miesiące, jeżeli gdzieś po drodze przedtem nie zginie.
