MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Misyjne drogi

W imię sprawiedliwości i pokoju

Galeria
(Kliknij, aby powiększyć)
Nasz kościół w Lokhipur
Szkoła w Mugaipur
O. Bejoy D'Cruz OMI w czasie nabożeństwa
Rozmowa z o. Bejoy D’Cruzem OMI z Bangladeszu
Od 1973 r. Misjonarze Oblaci M.N. prowadzą pracę ewangelizacyjną w Ludowej Republice Bangladeszu wśród ubogich szczepów w północnowschodniej części kraju. W imieniu tych ludzi, tkwiących jeszcze w dużej części w wierzeniach tradycyjnych, misjonarze stają w obronie sprawiedliwości i pokoju. Są dla nich jedynym oparciem. Podczas Kapituły generalnej Zgromadzenia w Rzymie rozmawialiśmy z przełożonym tej misyjnej delegatury, o. Bejoy D’Cruzem OMI. (MD)

Misyjne Drogi”: Gdy w polskich mediach mówi się o Bangladeszu, są to najczęściej informacje o cyklonach i kolejnych powodziach. Czy mógłby Ojciec powiedzieć naszym czytelnikom coś więcej o swoim kraju?

O. Bejoy D’Cruze OMI: Bangladesz jest terytorialnie niedużym krajem położonym w Azji. Natomiast z 130 milionami mieszkańców należy do najbardziej przeludnionych krajów świata. Pod względem religii jest to kraj islamski: 86% stanowią muzułmanie, 12 % hinduiści i buddyści. Chrześcijanie to około 0,5% ludności.

Bangladesz jest pięknym krajem, ale należy do najbiedniejszych państw na świecie. Chociaż posiadamy rząd wybrany w drodze demokratycznej, to jednak nasi politycy są bardzo egoistyczni: zależy im tylko na utrzymaniu władzy, a nie na służeniu ludziom. Coraz bardziej szerzy się korupcja, a bieda staje się coraz dotkliwsza.

Klęski żywiołowe, głównie powodzie spowodowane monsunami, są częścią naszego życia. Mamy bardzo dużo opadów deszczu, a ponieważ Bangladesz leży niżej niż Indie, ogromne ilości wody spływają na naszą ziemię. Co roku 30% kraju jest zalewane. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale bywają takie lata, jak ostatnio, gdy ponad 70% powierzchni znalazło się pod wodą. To są prawdziwe kataklizmy.

Jaka jest sytuacja chrześcijan w kraju, w którym islam jest dominującą religią?

Historia Bangladeszu jest mocno związana z islamem. Trzeba pamiętać, że kiedyś nasza ziemia była częścią Indii. Muzułmanie, którzy zamieszkiwali północną część dawnego państwa indyjskiego, w 1947 r. doprowadzili do powstania nowego państwa islamskiego – Pakistanu. Od początku jednak były wyraźne różnice między wschodnią a zachodnią częścią Pakistanu. W 1971 r. nastąpiło odłączenie wschodniej części Pakistanu i nowy kraj przyjął nazwę Bangladesz. W obydwu krajach islam jest traktowany jako jeden z głównych elementów stanowiących o poczuciu państwowości. W takim kontekście inne religie znajdują się w trudnej sytuacji. Jak dotąd nie mieliśmy poważnych problemów, ale od czasu do czasu zdarzają się napady na kościoły, szczególnie protestanckie. Zamachy nasiliły się od czasu pierwszej wojny o Kuwejt i o Irak.

Czy muzułmanie patrzą na kraje Zachodu w ten sam sposób, jak na swój własny, czyli przede wszystkim przez pryzmat religii?

Tak, powszechnie uważają, że Stany Zjednoczone i Europa to kraje chrześcijańskie. Atak na Irak jest postrzegany jako atak chrześcijaństwa na islam. Władze jednak starają się nie dopuścić do ataków na chrześcijan. Wiele kościołów jest obecnie strzeżonych przez policję. Także nasze seminarium było pod taką opieką, ponieważ posiadamy kaplicę, do której przychodzi wielu chrześcijan.

Czy w tej sytuacji można się czuć bezpiecznym, będąc chrześcijaninem?

Jeśli chodzi o nas misjonarzy i w ogóle o Kościół katolicki, to jak dotąd nie baliśmy się naszych sąsiadów. Od początku naszej pracy staraliśmy się utrzymywać dobre stosunki z muzułmanami. Wielu z nich posyła swoje dzieci do naszych szkół, wielu przychodzi się leczyć w naszych szpitalach, ponieważ od lat oferujemy bardzo dobry poziom nauczania i leczenia. Pracujemy w spokoju i dla pokoju, czyli dobra naszych ludzi. Niestety jesteśmy tak małą grupą, że nasze kontakty są ograniczone i w ogromnej większości Bangladeszu pozostajemy nieznani.

Jesteśmy mniejszością i choć chrześcijanie żyją na terenie całego kraju, to jednak mieszkają w wspólnotach, blisko siebie. Nasi wierni boją się mieszkać osobno, boją się, że mogą być zaatakowani. Zwykle nasze wioski wyglądają podobnie: mamy kościół, szkołę, a dookoła ludzie stawiają swoje domy. Nawet jeśli przeprowadzają się do miasta, to starają się być razem. Nie przestajemy jednak prowadzić stałego dialogu z muzułmanami. Bez niego nasze życie mogłoby być w niebezpieczeństwie.

A zatem Kościół w Bangladeszu można nazwać chrześcijańską diasporą...

Chrześcijanie to zaledwie ok. 500 tys. osób na przeszło 130 milionów ludności. Z tego katolicy to ok. 300 tys. wiernych. Mamy 6 diecezji, 8 biskupów i ok. 300 kapłanów diecezjalnych i zakonnych. Siostry i bracia zakonni stanowią grupę liczącą około tysiąc osób. W Bangladeszu pracują zakonnicy i zakonnice z 25 zgromadzeń. Czwarta część z tej liczby to wciąż misjonarze pochodzący z innych krajów.

W ubiegłym roku Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej świętowali 30-lecie obecności w Bangladeszu. Jakie były początki tej historii?

Po powstaniu nowego państwa klerycy ze wschodniej części dawnego Pakistanu nie mogli już dłużej się kształcić w seminarium w tamtym kraju. Jednocześnie arcybiskup T. A. Ganguly pragnął otoczyć opieką najuboższych mieszkańców Bangladeszu, autochtonów z regionu Sylhet. Obydwa wyzwania wpisują się w nasz charyzmat. I tak w 1973 r. pierwsza grupa misjonarzy oblatów przybyła do Bangladeszu, aby pomóc w kształceniu przyszłych kapłanów i podjąć pracę wśród najbiedniejszych z biednych, pośród plemion Khasi i Garo w północno-wschodniej części kraju. Kiedy jako młody chłopiec spotkałem misjonarzy oblatów, zafascynował mnie ich prosty styl życia, braterskie wspólnoty i oddanie ubogim mojego kraju. Gorąco zapragnąłem stać się takim, jak oni. Dziś jestem bardzo szczęśliwy jako oblat.

Jak wygląda Wasza posługa po 30 latach?

Oblacka delegatura w Bangladeszu liczy 16 kapłanów, 3 diakonów i 14 seminarzystów. Ponadto w naszym junioracie uczy się 30 chłopców, którzy chcą zostać oblatami. Kontynuujemy pracę wśród najbiedniejszych plemion Khasi i Garo. Jest to prawdziwa praca ewangelizacyjna wśród ubogich. Jeszcze dziś tylko 10% tych ludzi potrafi czytać i pisać. Ponieważ rząd nie troszczy się o nich, wybudowaliśmy tam dwie szkoły i cztery internaty, w których mieszka ok. 250 chłopców i dziewcząt. Tam, gdzie istnieją wspólnoty katolików, prowadzimy tradycyjne duszpasterstwo oparte na głoszeniu Słowa Bożego i posłudze sakramentalnej. Z pomocą sióstr prowadzimy też klinikę i dwa małe szpitale. Nasze szpitale, w odróżnieniu od państwowych, są otwarte także dla ubogich.

Osobną pracę stanowi posługa wśród plantatorów herbaty. Bangladesz produkuje dużo herbaty, głównie na małych plantacjach. Z pomocą sióstr staramy się być obecni wśród tych ludzi. W wielu wioskach tworzymy wspólnoty wierzących, organizujemy szkoły podstawowe, w których uczą nasi katechiści. Mamy około 40 takich szkół, a korzystają z nich także hinduiści. Żywimy nadzieję, że pewnego dnia zechcą także przyjąć Ewangelię.

Posługa na rzecz ubogich wymaga często wiele odwagi.

Rzeczywiście. Doświadczyliśmy tego szczególnie przez ostatnie 3 lata, angażując się w pracę na rzecz sprawiedliwości i pokoju. Zostaliśmy postawieni przed poważnym problemem z powodu budowy tzw. Ekoparku, czyli parku ekologicznego, który miał stać się turystyczną atrakcją. Budujące go firmy oraz rząd postanowiły wypędzić najbiedniejszych ludzi z plemion Khasi i Garo, aby na ich terenie zbudować park turystyczny. Rząd nie proponował nawet najmniejszych rekompensat ludziom, którzy zostaliby pozbawieni resztek swojego dobytku. Nie wiedzieliśmy, co robić. Uczestniczyliśmy w protestach, pisaliśmy listy do ambasad, ludzie podejmowali nawet strajk głodowy. Bardzo dużo modliliśmy się. Wreszcie z pomocą Administracji Generalnej naszego Zgromadzenia, a szczególnie naszych oblatów pracujących w komisji Sprawiedliwość i Pokój, udało nam się zatrzymać budowę Ekoparku i wyrzucanie ludzi z ich domów.

Mówił Ojciec o ewangelizacji autochtonów. Czy wyznawcy innych religii chcą otwierać swoje serca na Ewangelię Jezusa Chrystusa?

Wielu ludzi, także hinduistów, jest zainteresowanych Dobrą Nowiną o Chrystusie. Są nawet tacy, którzy przychodzą i proszą o chrzest, ale boimy się o nich. Jeśli staną się chrześcijanami, to zostaną wykluczeni ze społeczeństwa i przez własne rodziny. Dlatego decydujemy się na przyjęcie do Kościoła tylko wtedy, gdy jest to większa grupa osób, które utworzą wspólnotę wierzących i będą się potem wspierać. Zwykle decydujemy się na taki krok, gdy cała wioska, albo przynajmniej 30-40 rodzin pragnie przyjąć chrześcijaństwo. Natomiast nie możemy prowadzić ewangelizacji muzułmanów.

W kraju takim jak Bangladesz nie można żyć, nie utrzymując dobrych stosunków z muzułmanami.

Jest to najbardziej widoczne w trudnych chwilach, jak podczas ostatnich powodzi, gdy ponad 200 rodzin, głównie muzułmanów, znalazło przez miesiąc schronienie w naszym seminarium, które nie zostało zalane wodą. Nasze seminarium jest bardzo małe, ale byliśmy szczęśliwi, mogąc ofiarować schronienie tym ludziom, a oni pozostali nam wdzięczni. Było to nasze świadectwo miłości Chrystusa do każdego człowieka.

Islam pokazywany przez pryzmat fundamentalizmu wydaje się być głuchy na inne świadectwa wiary, jest zdolny nawet do terroryzmu. Czy zwykli ludzie, muzułmanie, których spotykacie każdego dnia, stają się też waszymi przyjaciółmi?

Boimy się muzułmanów. Wiele rzeczy: polityka, pieniądze, czasem osobiste urazy, bywają tłumaczone przez wyznawaną religię. Ale nie wszyscy muzułmanie są naszymi wrogami. Przekonałem się o tym w bardzo konkretnej sytuacji. Na terenie naszej misji w Mugaipar otworzyliśmy szkołę, którą nazwaliśmy Mission High School (Misyjna Szkoła Średnia). Grupa muzułmanów domagała się zmiany tej nazwy. Bardzo ostro protestowali, argumentując, że w muzułmańskim państwie nie może być żadnych misji chrześcijańskich. Ponieważ zachowaliśmy nazwę szkoły, rozpętali przeciwko nam kampanię wśród ludzi i ogromny tłum przyszedł pod szkołę, aby nas zaatakować. Było nas tylko kilku oblatów i grupka ludzi z plemion Khasi i Garo, którzy są mocno poniżani przez muzułmanów i boją się publicznie zabierać głos. Kiedy wydawało się, że dojdzie do tragedii, Pan Bóg okazał nam swą łaskę poprzez samych muzułmanów. Kilka osób pośród tłumu ludzi wzięło nas w obronę i zażegnało niebezpieczeństwo. Dzisiaj nasza szkoła jest bardzo szanowana i ma 575 uczniów. Także muzułmanie posyłają do niej swoje dzieci. Wielu z nich to nasi przyjaciele. Ale codzienny dialog jest nam potrzebny jak woda, jedzenie i modlitwa. Nie można bez niego myśleć o przyszłości.

W imieniu Redakcji dziękuję za rozmowę. Niech Pan Bóg nadal Wam błogosławi w Waszej trudnej pracy.

Rozmawiał: O. Marek Jazgier OMI

 
Copyright 2005-2009 ©
Misyjne Drogi