MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Misyjne drogi

Grenlandia - niezwykła Winnica Pańska

Co ja tutaj robię? – To pytanie, lub raczej wyrzut, zadałem sobie pewnego sierpniowego dnia 1985 roku siedząc na międzynarodowym lotnisku w Kangerlussuaq na Grenlandii, w byłej amerykańskiej bazie wojskowej położonej na końcu 150-kilometrowego, fiordu, w głębi mroźnego i skalistego pustkowia zachodniej Grenlandii. W najkrótszym dniu roku słońce nie chce tu wychylić zza horyzontu nawet koniuszka swego promienia, zanim rozpocznie wędrówkę oświetlając i grzejąc resztę świata. Czekałem na samolot linii Greenlandair do Nuuk (po duńsku Godthaab), głównego miasta Grenlandii i siedziby misji oblackiej, jakieś 300 km na południe stąd wracałem na Grenlandię. Po raz trzeci. Pożegnałem się z czterema dobrymi latami duszpasterzowania w Danii, na wschodnim krańcu diecezji kopenhaskiej, około 3 600 km stąd. Byłem duszpasterzem, kaznodzieją dla samotnych, przewodnikiem duchowym i te wszystkie zajęcia sprawiały, że czułem się potrzebny jako ksiądz. Uczestniczyłem w przeróżnych sprawach. Teraz znów byłem odizolowany. Znów miałem być odpowiedzialny za bardzo małą, rozproszoną katolicką parafię w arktycznej pustce.

Wyspa, która zawiera 12% światowych zasobów lodu, jest domem 40 tysięcy ludzi pochodzenia eskimoskiego, zwanych przez etnologów i innych ludzi Grenlandczykami, i 11 tysięcy innych, w większości Duńczyków. Ogromna większość populacji przyznaje się do kościoła luterańskiego, państwowego kościoła Danii, której częścią jest Grenlandia.

Historia misji oblackiej na Grenlandii zaczyna się w 1956 r. Ówczesny biskup Kopenhagi, Teodor Suhr OSB, chciał mieć w swojej diecezji właśnie oblatów. Jak wieść niesie, wymyślił strategię, bardzo zmyślną zresztą, jakby tu ich pozyskać. Największym geograficznie obszarem diecezji była ogromna lodowo-skalista wyspa niedaleko Bieguna Północnego po drugiej stronie Atlantyku. To była jego karta przetargowa w rozmowach z włoskimi kardynałami z Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, pod której auspicjami znajdowała się wówczas diecezja kopenhaska. Biskup Suhr powiedział kardynałom, że diecezja zawiera największą wyspę świata, która jest zamieszkana przez spadkobierców Eskimosów. Wyspa była całkowicie katolicka przez ponad 500 lat. Wątpię, aby biskup Suhr wspomniał, że tylko Wikingowie byli katolikami, a kiedy wyginęli około roku 1450, Kościół katolicki na Grenlandii również przestał istnieć. Wikingowie i Norwegowie przybyli na Grenlandię z Islandii w 982 r. pod wodzą Eryka Czerwonego. Jego syn, Lief Szczęśliwy, po powrocie z dworu norweskiego w 1000 r. wziął ze sobą kilku mnichów – augustianów, którzy głosili Ewangelię Wikingom i ochrzcili obie kolonie w południowo–wschodniej Grenlandii. Żaden z Eskimosów, którzy w tym samym czasie przemieszczali się z arktycznej części Kanady w rejon Thule, najbardziej wysunięty północno–zachodni zakątek wyspy, nie słyszał Ewangelii dopóty, dopóki jakiś Wiking nie oddał jego duszy w ręce Pana. Jednak fakt, że wyspa była katolicka przez pięćset lat, wywarł na kardynałach duże wrażenie. Wtedy biskup powiedział im, że teraz cała wyspa jest luterańska! (Oczywiście, dobry biskup nie wspomniał, że Eskimosi po raz pierwszy usłyszeli Ewangelię od Hansa Egede, luterańskiego duchownego z Lufoten w północnej Norwegii, który przybył na Grenlandię w 1721 r.). Ten stan rzeczy zaszokował głęboko włoskich kardynałów. Zwrócili się do Superiora Generalnego oblatów, o.Leona Dechateletts, stanowczo polecając, aby oblaci wysłali misjonarzy do diecezji kopenhaskiej. Biskup Suhr zaniósł tę rekomendację do Superiora Generalnego, a on oczywiście nie mógł odmówić.

Pierwsza grupa oblatów przybyła do Kopenhagi późnym latem 1958 r. Byli to John Taylor (który w 1962 r. został biskupem Sztokholmu), Urban Figge i Michael Wolfe. Podczas gdy John Taylor i Urban Figge zakładali misję oblacką w Danii, Michael Wolfe udał się w 1959 r. na Grenlandię, aby sprawdzić możliwości osiedlenia się tam oblatów. W 1960 r. podróżował regularnie do Nuuk i został pierwszym katolickim księdzem rezydującym na Grenlandii od czasów Wikingów. W 1963 r. mógł przeprowadzić się do nowo wybudowanego domu i odprawić Eucharystię w prawdziwej kaplicy. Zanim dom został zbudowany, mieszkał w tylnej części amerykańskiego namiotu wojskowego, część przednią przeznaczając na „kościół”.

Życie księdza katolickiego na Grenlandii to sprawa bardzo delikatna. Niecały kler luterański był zachwycony. Luteranie obawiali się, że jednolity i triumfalistyczny Kościół katolicki oplecie kraj swym dobrze wykształconym klerem, popartym mnóstwem pieniędzy. Będzie niepokoił i zawstydzał prostych w wierze Grenlandczyków, aby w ten sposób nawrócić ich na katolicyzm. Szczególnie duńska część kleru luterańskiego stawiała duży opór i alarmowała swych przełożonych o zagrożeniu ze strony Kościoła katolickiego, który wysyła księży w długich sutannach i kapeluszach z szerokim rondem, którzy będą chodzić od drzwi do drzwi, i odwodzić prostych Grenlandczyków od ich wiary. O. Mike trzymał się na uboczu. Minęło trochę czasu, zanim ludzie przyzwyczaili się, że mają wśród siebie księdza katolickiego. Aby im w tym pomóc, trzeba było pokazać, że ksiądz katolicki jest pozytywnym składnikiem budzącego się społeczeństwa grenlandzkiego. Cicho starając się nawiązać kontakt z nielicznymi katolikami (którzy byli tylko wśród nie-Grenlandczyków), i jednocząc ich w małą parafię, o. Mike dał się poznać również jako archeolog-amator, czego, jestem przekonany, nauczył się od oblatów z północnej Kanady. W 1961 r. do Nuuk przybył o.Tom Killeen. Niezwłocznie pojechał do małej miejscowości, by uczyć się języka, łowić ryby i polować z Grenlandczykami. Obaj, o.Mike i o.Tom, zatroszczyli się o odkrycie norweskich ruin, łowili dorsze i polowali na renifery ubrani w kombinezony i grube wełniane swetry, z brudem za paznokciami i plamami oleju na dłoniach. Żadnych sutann, żadnych kapeluszy, żadnego chodzenia od drzwi do drzwi. Byli zwykłymi mężczyznami nie bojącymi się pracy i cuchnącymi suszonymi rybami. Dlaczego więc duchowni luterańscy tak się ich obawiają? - pytali zwykli Grenlandczycy. Ci katoliccy księża wierzyli w Jezusa Chrystusa, mówili o kochającym i troskliwym Ojcu w niebie i zbawieniu, jakie dał wszystkim ludziom przez cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie Swego Syna, Jezusa Chrystusa. Grenlandczycy nie mogli pojąć, jak można było tak nieprzyjemnie wyrażać się o tych miłych chrześcijanach. Słyszeli, jak ci sami duchowni mówili im, że Chrystus polecił uczniowi kochać bliźniego jak siebie samego. Czyż nie tak ich wiara każe im traktować tych katolickich księży? Zwykli ludzie nie mieli żadnych kłopotów z zaakceptowaniem oblatów. Kiedy więc w 1963 r. przybył tam o. Alex Kons i zaczął jeździć po Nuuk motorem z przyczepką, Grenlandczycy byli już zupełnie przekonani, że ci księża wcale nie są „niebezpieczni”, ale interesujący. Byli zupełnie niepodobni do znanych im duchownych. Zostali zaakceptowani, a kościół katolicki, zbudowany na wierzchołku góry Kutaa na przedmieściach Nuuk, coraz bardziej stawał się integralną częścią miasta.

Chociaż ludzie mieli pozytywny stosunek do księży i akceptowali obecność Kościoła, nie ruszyli tłumnie z prośbami o przejście na katolicyzm. Pewien oblat z Igloolik w północnej Kanadzie, który spędził 40 lat wśród Eskimosów, powiedział, że Eskimosi są bardzo lojalni wobec Kościoła, w którym zostali ochrzczeni. Bardzo rzadko będą więc przenosić się do innego Kościoła chrześcijańskiego. To samo dotyczy Grenlandczyków. W ciągu prawie 40 lat istnienia misji oblackiej tylko garstka poprosiła o przyjęcie do Kościoła.

Skoro tak jest, dlaczego utrzymywać misję? Dlaczego przybyłem na Grenlandię w 1967 r.? Dlaczego wróciłem w 1980 r., znów w 1985 r. i po raz czwarty w 1997? Dlaczego piszę ten artykuł do oblackiego pisma w nadziei zaciekawienia i zainteresowania młodych oblatów spędzeniem swego życia i realizacją powołania kapłańskiego na Grenlandii?

Mogę odpowiedzieć na te pytania, rozmyślając nad doświadczeniami oblatów podczas ostatnich 39 lat i nad moim osobistym doświadczeniem w szczególności.

Wielu oblatów było związanych z misją przez lata. Wszyscy mają doświadczenia do przekazania i opowieści do opowiedzenia. Wszyscy mają swój udział i przeszli własną drogę do założenia misji i do osadzenia Kościoła katolickiego w świadomości ludzi. Poprzez lata oblaci próbowali wielu rzeczy, które związały ich ze społeczeństwem Grenlandii. Mają też doświadczenie, i pomoc Soboru Watykańskiego II, który powiedział nam, oblatom, że zadaniem misji nie jest nawracanie Grenlandczyków i Duńczyków na katolicyzm, ale raczej bycie zaczynem ciasta, o którym mówił Chrystus. Wiązaliśmy się więc z Grenlandczykami na wiele sposobów: jako pracownik socjalny, prowadzący klub młodzieżowy w salce parafialnej, domu dla młodych ludzi nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie, nauczanie języka angielskiego, prowadzenie obozów letnich dla dzieci z miasta, budowę domu i schroniska dla kobiet, centrum kryzysowego, opieki nad miejscowym Domem Dziecka. Pomogliśmy też założyć stowarzyszenie promujące grenlandzką sztukę i rękodzieło, grupy samokształceniowe. Tłumaczymy dobre katolickie i chrześcijańskie wydawnictwa na grenlandzki. To tylko niektóre z dróg, dzięki którym oblaci są naprawdę zaczynem Ewangelii w cieście społeczeństwa grenlandzkiego.

Przez pierwsze kilka lat wspólnota liczyła trzech oblatów. W 1976 r. została zredukowana do jednego i odtąd misja oblacka była jednoosobowa. To nie jest idealna sytuacja, ale jedna z konieczności, odkąd liczba oblatów w diecezji zmniejszyła się radykalnie a nowi, dojeżdżający oblaci, byli praktycznie nieobecni. Dlaczego w takim przypadku utrzymywać misję, szczególnie, że liczba katolików jest tak mała? Były co najmniej dwa powody, aby utrzymać misję i by było to zadanie priorytetowe. Po pierwsze ważne jest, aby Kościół jako wspólnota wierzących był obecny w tej części świata. Kościół jest obecny, kiedy jest wspólnota wierzących, która zbiera się na Eucharystii. Istnienie wspólnoty wierzących nie jest uzależnione od liczb. Nawet niewielu katolików ma do niej prawo, potrzebuje sakramentów. Drugą potrzebą jest wola Grenlandczyków, którzy chcą być świadomi Kościoła powszechnego. Chcą namacalnie wiedzieć, że chrześcijaństwo jest szersze, głębsze i bogatsze niż jedno z wyznań - luterańskie.

Misja na Grenlandii wzywa oblata by był skupiony i przepełniony modlitwą i dojrzały, odważnie zmierzył się z samotnością, nie-katolikami i wzrastającą sekularyzacją społeczeństwa, niewielką ilości tradycyjnych form duszpasterskich i życiem w odizolowanej części świata w surowym klimacie. Winien też być wrażliwy ekumenicznie i szanować inne tradycje chrześcijańskie, a także otwarty kulturowo, językowo i historycznie na mentalność i duchowość ludzi. Musi być gotowy do pracy z nielicznymi katolikami i powiększać wspólnotę szczerze wierzących. I prawdopodobnie najważniejszym wyzwaniem jest świadomość, że Ewangelię bardziej głosi się życiem niż działaniem, to znaczy byciem solą ziemi i światłością świata.

Jest to więc wyzwanie zwykłego, przyziemnego codziennego życia – gotowania, zmywania, sprzątania, prania, zakupów, wymiany stłuczonego okna, sklejania krzesła i innych tego rodzaju czynności.

Na szczęście oblat nie jest pozostawiony sam sobie w dziele umacniania wspólnoty wierzących i bycia zaczynem w cieście społeczeństwa grenlandzkiego. Od lata 1980 roku pracują z nami Małe Siostry Jezusa. Są ważnym elementem umacniania Kościoła katolickiego w świadomości ludzi. Duchowość ukrytego życia Jezusa z Nazaretu jest silnym świadectwem ewangelicznym dla zwykłych ludzi.

Dlaczego więc ciągle wracam na Grenlandię? Ponieważ wierzę w Kościół i jego misję w tej niezwykłej winnicy. Wyzwania są bardzo rzeczywiste i mają siłę, która mnie umacnia i raduje w moim powołaniu oblackim i kapłańskim. Mam nadzieję, że te wyzwania przemówią do niektórych z Was, czytających ten artykuł.
O. Paul Marx OMI

 
Copyright 2005-2009 ©
Misyjne Drogi