Misyjne drogi
Na Sri Lance, dokąd bp Eugeniusz de Mazenod wysłał swoich misjonarzy w 1847 r.
Założyciel nie umiał odmawiać. Trzeba było tylko znaleźć właściwe słowo, które niezawodnie otwierało jego serce.
- Proszę udać się do Marsylii! – powiedziano biskupowi Bettachiniemu, który bezskutecznie poszukiwał misjonarzy do pracy na Cejlonie. – Jest tam pewien biskup o sercu tak wielkim jak serce św. Pawła, tak wielkim jak świat. Trzeba go przekonać, że chodzi o zbawienie biednych dusz, biednych, bardzo biednych... Nie oprze się takim słowom.
Zainteresowany posłuchał rady.
- Ha! Jak tu zaradzić waszej potrzebie? – odrzekł Założyciel.
Nastąpiła decydująca chwila. Biskup Cejlonu przerwał milczenie:
- Ekscelencjo, chodzi o biedne dusze, te najbiedniejsze, zapewniam... najnieszczęśliwsze na ziemi. Na litość, proszę im dać misjonarzy.
Te słowa raniły wprost serce Założyciela. Otworzył ramiona i ze łzami w oczach objął swego brata mówiąc:
- Będziesz ich miał.
Możecie sobie wyobrazić nasze spotkanie – ostatni raz widzieliśmy się z Klementem 29 lat temu! Z dworca autobusowego do seminarium dowiozła mnie charakterystyczna dla Azji „trójkółka”. Tak się złożyło, że do Alma Matris tego samego dnia przybył nowo konsekrowany biskup, także młodszy kolega ze szkolnej ławy, Norbert Andradi OMI. Mój Boże, jakie ciężkie krzyże kładzie Kościół na ramiona uczniów Chrystusa... Kiedyś człowiek myślał, że to przede wszystkim zaszczyty.
Nazajutrz miałem łaskę uczestniczyć w radosnej Eucharystii, podczas której Biskup wyświęcił czterech oblackich diakonów. Zdumiałem się, że w ołtarzu głównym parafialnego kościoła, w którym duszpasterzują oblaci, jest obraz Matki Bożej Ostrobramskiej. Kościół zaiste jest powszechny!
Drugi nasz kolega, Jayanta, zawsze uśmiechnięty, zmarł przed kilku laty na serce. Na jego pogrzeb przyszło wielu buddystów. Był kapłanem dla wszystkich. Na Cejlonie zgodnie współistnieje ze sobą wiele religii. Da się to zauważyć w kształtach licznych świątyń, a także mnóstwa kapliczek. Na jednej ulicy stoją obok siebie figury Maryi, posążki Buddy oraz statuetki hinduskich bóstw. Cieszy ten ekumeniczny klimat tropikalnej wyspy. Pewnego razu dostrzegłem nawet ikonkę Jezusa Miłosiernego na szybie rikszy.
Witają nas stróże sanktuarium – oblaci. O tej porze roku nie ma tu wielu pątników.
Jest bardzo upalny dzień. Proszą mnie współbracia, abym dzisiaj przewodniczył Eucharystii przed wizerunkiem Matki Bożej. Po Mszy św. wyruszamy w stronę parafii, w której przez ponad 50 lat pracował nasz rodak, o. Andrzej Cierpka. Dochodzi godzina 19.00. Nastaje zmierzch. O. Paul, prowincjał z Jaffny, jedzie ze mną do Cierpkapuram, osiedla, które zbudował o. Andrzej. Wie, że dla mnie to ważne miejsce i nie darowałbym sobie, gdybym tu nie zajrzał. Przy wjeździe do tej miejscowości wita nas figura św. Józefa. Mijamy ludzi, którzy modlą się, klęcząc na piachu. Płoną świece.
Już noc. Zatrzymaliśmy się koło pomnika ojca Cierpki. W jednej chwili zbiera się przy nas grupa ludzi. Są ciekawi, kto do nich przybył. „Ojciec Cierpka to był dobry kapłan” – powiedział jeden z mężczyzn, który pamięta zmarłego przed 22 laty misjonarza z Polski. Po rozmowie udaliśmy się do miejscowego kościoła. Znowu jesteśmy otoczeni ludźmi. Ktoś wspomina: „miałem 7 lat, gdy zmarł o. Andrzej”.
Oto dzwonnica, którą on wybudował. Dzwon przywiózł z Polski. Z kościoła, który postawił, ocalała tylko jedna ściana, która jest teraz częścią nowej świątyni. Podczas wieczornej rozmowy usłyszałem świadectwa cejlońskich oblatów: o. Cierpka to był wielki misjonarz. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Za grosze kupił ziemię, za którą dziś zapłacilibyśmy miliony. Najlepszy kawałek ziemi kupił – aż kilka studni mamy, a tu trudno o wodę, mimo że to wyspa.
Nie zdążymy już na cmentarz, jest noc, więc w kościele odmawiam wieczne odpoczywanie za mego imiennika. Nad nami rozgwieżdżone niebo.
Przytłaczające krajobrazy w tej części świata, który ludzie nazwali „rajem na ziemi”. Nie wyobrażam sobie, jak tu można teraz żyć dzień po dniu, gdzie wszystko prawie nosi na sobie znaki przemocy. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie”.
Po tym spotkaniu nie łatwo mi było się otrząsnąć. Biedni swoim istnieniem zadają człowiekowi bolesne pytania, kwestionują nasze standardy, nasz styl życia, stawiając znak zapytania nad wszystkim, co my z takim przekonaniem robimy. Takich spotkań się nie zapomina do końca życia.
Tak jak zresztą w całej Azji, odczuwa się tu na każdym kroku głęboki „zmysł religijności” wśród ludzi. Na koniec pragnę się podzielić takim właśnie przykładem: grupka ludzi przy drodze, płonie ogień. Jeden po drugim, mężczyźni i niewiasty podchodzą najpierw do skrzyni, z kolei ktoś każdemu daje do ręki kokosowy orzech. Gdy przychodzi twoja kolej, z całych sił rzucasz kokosem o ziemię, a następnie podchodzisz do ognia na chwilę modlitwy. Miejscowi tłumaczą nam znaczenie obrzędu: przede wszystkim trzeba rozbić kokosowy orzech! Jest on bowiem symbolem naszego nienawróconego, zamkniętego serca. Dopóki nie rozbijesz orzecha, dopóki nie otworzysz serca przed Bogiem, na próżno się modlisz.
- Proszę udać się do Marsylii! – powiedziano biskupowi Bettachiniemu, który bezskutecznie poszukiwał misjonarzy do pracy na Cejlonie. – Jest tam pewien biskup o sercu tak wielkim jak serce św. Pawła, tak wielkim jak świat. Trzeba go przekonać, że chodzi o zbawienie biednych dusz, biednych, bardzo biednych... Nie oprze się takim słowom.
Zainteresowany posłuchał rady.
- Ha! Jak tu zaradzić waszej potrzebie? – odrzekł Założyciel.
Nastąpiła decydująca chwila. Biskup Cejlonu przerwał milczenie:
- Ekscelencjo, chodzi o biedne dusze, te najbiedniejsze, zapewniam... najnieszczęśliwsze na ziemi. Na litość, proszę im dać misjonarzy.
Te słowa raniły wprost serce Założyciela. Otworzył ramiona i ze łzami w oczach objął swego brata mówiąc:
- Będziesz ich miał.
Aimé Roche OMI Z wiatru i ognia...
W centrum Wyspy
Oblaci pracują w 16 krajach Azji. Co roku superiorzy naszych misji zbierają się na tydzień modlitwy, dzielenia się i refleksji. Taki jest duch Kościoła. Co roku mamy przeto szansę zobaczyć nowe regiony wielkiego kontynentu, który ewangelizują nasi współbracia. Tym razem skupiliśmy się przede wszystkim na pogarszającej się sytuacji świata ubogich oraz na współpracy międzyreligijnej – tak ważnej na kontynencie azjatyckim. W tym roku spotkaliśmy się na Sri Lance. Cieszyłem się, że dane mi było być także i na tej wyspie, którą znamy z cejlońskiej herbaty, a która jest nazywana przez turystów „rajem na ziemi”. Cejlon to jedna z pierwszych misji założonych przez św. Eugeniusza. Cieszyłem się również z tego, że odwiedzę moich współbraci, z którymi przed laty uczyliśmy się razem teologii w Rzymie. Wśród nich jest o. Klement, długoletni misjonarz w Pakistanie, obecnie superior seminarium w Kandy. Nad ranem wylądowałem w Colombo, aby autobusem udać się do odległego o niecałe 200 km od stolicy, położonego nieco w górach, w centrum Wyspy, pięknego miasta Kandy. Studiują tam seminarzyści ze wszystkich diecezji oraz zgromadzeń zakonnych na Sri Lance. Jest ich około 350.Możecie sobie wyobrazić nasze spotkanie – ostatni raz widzieliśmy się z Klementem 29 lat temu! Z dworca autobusowego do seminarium dowiozła mnie charakterystyczna dla Azji „trójkółka”. Tak się złożyło, że do Alma Matris tego samego dnia przybył nowo konsekrowany biskup, także młodszy kolega ze szkolnej ławy, Norbert Andradi OMI. Mój Boże, jakie ciężkie krzyże kładzie Kościół na ramiona uczniów Chrystusa... Kiedyś człowiek myślał, że to przede wszystkim zaszczyty.
Nazajutrz miałem łaskę uczestniczyć w radosnej Eucharystii, podczas której Biskup wyświęcił czterech oblackich diakonów. Zdumiałem się, że w ołtarzu głównym parafialnego kościoła, w którym duszpasterzują oblaci, jest obraz Matki Bożej Ostrobramskiej. Kościół zaiste jest powszechny!
Drugi nasz kolega, Jayanta, zawsze uśmiechnięty, zmarł przed kilku laty na serce. Na jego pogrzeb przyszło wielu buddystów. Był kapłanem dla wszystkich. Na Cejlonie zgodnie współistnieje ze sobą wiele religii. Da się to zauważyć w kształtach licznych świątyń, a także mnóstwa kapliczek. Na jednej ulicy stoją obok siebie figury Maryi, posążki Buddy oraz statuetki hinduskich bóstw. Cieszy ten ekumeniczny klimat tropikalnej wyspy. Pewnego razu dostrzegłem nawet ikonkę Jezusa Miłosiernego na szybie rikszy.
W Cierpkapuram
26 lutego o godzinie 4 rano opuszczamy Colombo, udając się mikrobusem na północ Sri Lanki. Śniadanie w przydrożnym barze. Po przejechaniu kilkuset kilometrów krajobraz zaczyna się nagle zmieniać. Tu już są gorsze drogi, widać, że bieda. Coraz więcej kolczastych drutów, worki z piaskiem, strzelnice, żołnierze, kontrole... Ojciec prowincjał Paul wiedział, co robi, ubierając się dzisiaj w białą sutannę misjonarza. To najlepsza z przepustek w tych okolicach, gdzie od przeszło 20 lat trwa wojna domowa pomiędzy Tamilami i Syngalezami. O godzinie 13 dotarliśmy do sanktuarium naszej Pani w Madhu. To jedno z ważnych miejsc pojednania – u stop Maryi przez cały czas wojny spotykali się ze sobą na modlitwie Syngalezi i Tamilowie. Sanktuarium stało się miejscem pojednania.Witają nas stróże sanktuarium – oblaci. O tej porze roku nie ma tu wielu pątników.
Jest bardzo upalny dzień. Proszą mnie współbracia, abym dzisiaj przewodniczył Eucharystii przed wizerunkiem Matki Bożej. Po Mszy św. wyruszamy w stronę parafii, w której przez ponad 50 lat pracował nasz rodak, o. Andrzej Cierpka. Dochodzi godzina 19.00. Nastaje zmierzch. O. Paul, prowincjał z Jaffny, jedzie ze mną do Cierpkapuram, osiedla, które zbudował o. Andrzej. Wie, że dla mnie to ważne miejsce i nie darowałbym sobie, gdybym tu nie zajrzał. Przy wjeździe do tej miejscowości wita nas figura św. Józefa. Mijamy ludzi, którzy modlą się, klęcząc na piachu. Płoną świece.
Już noc. Zatrzymaliśmy się koło pomnika ojca Cierpki. W jednej chwili zbiera się przy nas grupa ludzi. Są ciekawi, kto do nich przybył. „Ojciec Cierpka to był dobry kapłan” – powiedział jeden z mężczyzn, który pamięta zmarłego przed 22 laty misjonarza z Polski. Po rozmowie udaliśmy się do miejscowego kościoła. Znowu jesteśmy otoczeni ludźmi. Ktoś wspomina: „miałem 7 lat, gdy zmarł o. Andrzej”.
Oto dzwonnica, którą on wybudował. Dzwon przywiózł z Polski. Z kościoła, który postawił, ocalała tylko jedna ściana, która jest teraz częścią nowej świątyni. Podczas wieczornej rozmowy usłyszałem świadectwa cejlońskich oblatów: o. Cierpka to był wielki misjonarz. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Za grosze kupił ziemię, za którą dziś zapłacilibyśmy miliony. Najlepszy kawałek ziemi kupił – aż kilka studni mamy, a tu trudno o wodę, mimo że to wyspa.
Nie zdążymy już na cmentarz, jest noc, więc w kościele odmawiam wieczne odpoczywanie za mego imiennika. Nad nami rozgwieżdżone niebo.
Krajobraz po wojnie
Jedziemy dalej na Północ. Drugi raz w życiu oglądam krajobraz po wojnie. W 1997 r. byłem na Bałkanach, teraz jestem na północy Cejlonu. Spalone domy, pogorzeliska, smutno sterczą palmowe pale bez koron, zerwane mosty. Droga, którą jedziemy w stronę Jaffny, wąska, pełna dziur... ta droga przez kilkanaście ostatnich lat była zamknięta. Zatrzymujemy się przy przydrożnym kościele. Chrystus dzieli z ludźmi dolę i niedolę. Widać, że to była świątynia. Robię kilka zdjęć. Niektórzy oblaci prowincji Jaffna zaangażowali się w organizowanie psychologicznych poradni terapeutycznych dla dzieci i dorosłych. Ludziom śni się wojna. Dzieci rysują obrazy przypominające czasy bombardowań. Jesteśmy na jednym z cmentarzy na obrzeżach Jaffny. Śpiewamy Salve Regina. Długie rzędy świeżych mogił. Nad nimi powiewa sztandar „tygrysów”. Ktoś z pracujących na cmentarzu mówi, że tu pochowano 1 752 chłopców; takich cmentarzy jest kilka na północy Sri Lanki. Nie było siły, aby nie zgodzić się, gdy rekrutowali „tygrysów”. Młodych chłopców zabierano. Nie ma prawie rodziny, z której by ktoś nie zginął na froncie. Tysiące rodzin pozostało bez ojców. Oblaci usiłują organizować pomoc wdowom i sierotom. Organizują miedzy innymi seanse, których celem jest uzdrawianie psychicznych ran. Ojciec prowincjał zorganizował także dla nas spotkanie z liderami „tygrysów”. Myślałem, że podczas tego spotkania zrozumiem, jakie były przyczyny tej absurdalnej wojny na wyspie. Po spotkaniu jednak wyszedłem jeszcze bardziej zdezorientowany. Któż z ludzi dojdzie do korzeni zła? Są one ukryte przed naszymi oczami. Wiara daje nam odpowiedź, że te korzenie wyrastają z nie nawróconych serc.Przytłaczające krajobrazy w tej części świata, który ludzie nazwali „rajem na ziemi”. Nie wyobrażam sobie, jak tu można teraz żyć dzień po dniu, gdzie wszystko prawie nosi na sobie znaki przemocy. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie”.
Wśród ubogich
Zazwyczaj podczas naszych spotkań nie ma czasu na zwiedzanie miast. Jednak niekiedy mamy wolne popołudnie lub czas po kolacji i można wyrwać się na chwilę, aby popatrzeć na ludzi, na świat, wejść do jakiejś świątyni czy kupić pamiątkę. Tym razem udało mi się pewnego wieczoru trafić do slumsów w Kolombo. Zaczęło się od tego, że zaczepił mnie pewien młodzieniec, widząc krzyżyk na mej piersi. Znał kilka słów po angielsku. My „ludzie Jezusa” powtarzał. Zrozumiałem, że chodził na spotkania z jakimś pastorem. Odnaleźliśmy w tłumie jego żonę i ich dziecko. Przeciskając się z wielkim trudem miedzy barakami, dotarliśmy w końcu do ich „domku”. Bieda nie do opisania. Zapachy nie do wytrzymania. Chcieli gotować herbatę. Pokazali mi swą maleńką izdebkę. Zaczęli zbiegać się sąsiedzi... Zaiste, „ludzie Jezusa”. Miliony ludzi na ziemi żyją podobnie jak i oni, w strasznej nędzy, ludzie tak bliscy św. Eugeniuszowi. Jak się zgodzić na świat, w którym tyle jeszcze krzywdy i niesprawiedliwości?Po tym spotkaniu nie łatwo mi było się otrząsnąć. Biedni swoim istnieniem zadają człowiekowi bolesne pytania, kwestionują nasze standardy, nasz styl życia, stawiając znak zapytania nad wszystkim, co my z takim przekonaniem robimy. Takich spotkań się nie zapomina do końca życia.
Zdumiewający rozwój Kościoła
Od czasu, gdy w 1847 r. przybyli na Sri Lankę pierwsi misjonarze oblaccy, nastąpił na Wyspie zdumiewający rozwój Kościoła katolickiego. Obecnie jest na Sri Lance 11 diecezji, a liczba katolików sięga blisko 1,5 mln, co stanowi ponad 7% ludności. Pomimo wielu trudności powstałych na tle toczącej się wojny domowej i budzącego się wśród Syngalezów nacjonalizmu, Kościół dalej się rozwija i cieszy się dużym uznaniem, zwłaszcza ze względu na wysoki poziom prowadzonych przez niego kolegiów i szkół, a także inicjatyw dialogu pomiędzy zwaśnionymi stronami oraz dzieła charytatywne. Liczba oblatów na Sri Lance wynosi obecnie 356. Prowincja cejlońska ma delegatury misyjne w Indiach, Pakistanie, Bangladeszu oraz w Korei.Tak jak zresztą w całej Azji, odczuwa się tu na każdym kroku głęboki „zmysł religijności” wśród ludzi. Na koniec pragnę się podzielić takim właśnie przykładem: grupka ludzi przy drodze, płonie ogień. Jeden po drugim, mężczyźni i niewiasty podchodzą najpierw do skrzyni, z kolei ktoś każdemu daje do ręki kokosowy orzech. Gdy przychodzi twoja kolej, z całych sił rzucasz kokosem o ziemię, a następnie podchodzisz do ognia na chwilę modlitwy. Miejscowi tłumaczą nam znaczenie obrzędu: przede wszystkim trzeba rozbić kokosowy orzech! Jest on bowiem symbolem naszego nienawróconego, zamkniętego serca. Dopóki nie rozbijesz orzecha, dopóki nie otworzysz serca przed Bogiem, na próżno się modlisz.
O. Andrzej Madej OMI









