Listy misjonarzy
W służbie dla najbiedniejszych dzieci
Tupiza, 05.07.1984
Piszę z dalekiej Boliwii. W naszym miasteczku Tupiza znajduje się Państwowy Dom Dziecka. Od dwóch lat pracuję tutaj wśród licznej grupy indiańskich dzieci - a jest ich prawie siedemdziesiąt, w wieku od trzech do piętnastu lat. Może ta praca Was zainteresuje?
Sytuacja materialna tego sierocińca przedstawia się dość względnie. Cały personel dokłada starań, aby zapewnić dzieciom możliwie najlepsze warunki. Przybywają tu dzieci ze środowisk całkiem opuszczonych - naszego marginesu społecznego. Część dzieci straciła już najbliższą rodzinę. Sytuacja innych wygląda podobnie. Przyprowadziły je tutaj własne matki, prosząc o przyjęcie z powodu trudnej sytuacji rodzinnej i braku środków do życia, bo ojciec odszedł i żyje z inną kobietą. Niedługo okaże się, że matka postąpi podobnie. Często się zdarza, że nowo przyjęte dziecko jest mocno zaniedbane, brudne i wykazuje aż trzeci stopień niedożywienia. Na skutek wygłodzenia jest osłabione i opóźnione w rozwoju fizycznym i umysłowym. Leczenie w takich wypadkach jest bardzo trudne a czasem niemożliwe, gdyż brak środków leczniczych. Lekarstwa sprowadzane z Europy są tak drogie, że rzadko kto może z nich skorzystać. Z braku higieny dzieci są tak brudne, że trudno u nich dopatrzyć się koloru skóry. Twarze często pokrywa liszaj i liczne krosty. Poza tym, rzadko które dziecko posiada jakiś dokument tożsamości, dlatego nie zna się daty urodzenia i nie ma się pewności, czy jest ochrzczone.
Moim zadaniem jest dać tym dzieciom wychowanie chrześcijańskie. Uczę je katechizmu, modlitwy i różnych piosenek religijnych. Najmłodszym maluchom pokazuję różne kolorowe książeczki i opowiadam bajki. W każdą niedzielę uczestniczymy wspólnie we Mszy św. Stopniowo przyzwyczajam wszystkie dzieci do ładu i porządku. Wymagam, aby się myły i dbały o estetykę całego domu. Zależy mi, aby wytworzyła się w całej gromadzie atmosfera rodzinna. Niektóre dzieci są bardzo trudne i oporne, ale muszę je zrozumieć. U innych dostrzegam duże postępy i jest nadzieja, że wyrosną na dobrych ludzi. Połowa dzieci uczęszcza do szkoły podstawowej. Kilkoro przygotowuje się do Pierwszej Komunii św. W tym roku pięcioro dzieci w wieku od ośmiu do trzynastu lat zostało ochrzczonych. Cieszę się, że mogę poświęcić się służbie dla tych najbiedniejszych dzieci.
Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia dla wszystkich Rodaków od całej naszej wspólnoty. Polecamy się Waszej pamięci przed Bogiem.
Sytuacja materialna tego sierocińca przedstawia się dość względnie. Cały personel dokłada starań, aby zapewnić dzieciom możliwie najlepsze warunki. Przybywają tu dzieci ze środowisk całkiem opuszczonych - naszego marginesu społecznego. Część dzieci straciła już najbliższą rodzinę. Sytuacja innych wygląda podobnie. Przyprowadziły je tutaj własne matki, prosząc o przyjęcie z powodu trudnej sytuacji rodzinnej i braku środków do życia, bo ojciec odszedł i żyje z inną kobietą. Niedługo okaże się, że matka postąpi podobnie. Często się zdarza, że nowo przyjęte dziecko jest mocno zaniedbane, brudne i wykazuje aż trzeci stopień niedożywienia. Na skutek wygłodzenia jest osłabione i opóźnione w rozwoju fizycznym i umysłowym. Leczenie w takich wypadkach jest bardzo trudne a czasem niemożliwe, gdyż brak środków leczniczych. Lekarstwa sprowadzane z Europy są tak drogie, że rzadko kto może z nich skorzystać. Z braku higieny dzieci są tak brudne, że trudno u nich dopatrzyć się koloru skóry. Twarze często pokrywa liszaj i liczne krosty. Poza tym, rzadko które dziecko posiada jakiś dokument tożsamości, dlatego nie zna się daty urodzenia i nie ma się pewności, czy jest ochrzczone.
Moim zadaniem jest dać tym dzieciom wychowanie chrześcijańskie. Uczę je katechizmu, modlitwy i różnych piosenek religijnych. Najmłodszym maluchom pokazuję różne kolorowe książeczki i opowiadam bajki. W każdą niedzielę uczestniczymy wspólnie we Mszy św. Stopniowo przyzwyczajam wszystkie dzieci do ładu i porządku. Wymagam, aby się myły i dbały o estetykę całego domu. Zależy mi, aby wytworzyła się w całej gromadzie atmosfera rodzinna. Niektóre dzieci są bardzo trudne i oporne, ale muszę je zrozumieć. U innych dostrzegam duże postępy i jest nadzieja, że wyrosną na dobrych ludzi. Połowa dzieci uczęszcza do szkoły podstawowej. Kilkoro przygotowuje się do Pierwszej Komunii św. W tym roku pięcioro dzieci w wieku od ośmiu do trzynastu lat zostało ochrzczonych. Cieszę się, że mogę poświęcić się służbie dla tych najbiedniejszych dzieci.
Przesyłam najserdeczniejsze pozdrowienia dla wszystkich Rodaków od całej naszej wspólnoty. Polecamy się Waszej pamięci przed Bogiem.
Benedykta, siostra służebniczka dębicka
Proszę nadal o misjonarzy!
Kimberley, 18.06.1984
Drodzy Współbracia i Przyjaciele!
13 czerwca powróciłem szczęśliwie do Kimberley. Gdy wysiadałem z samolotu, wiał nieprzyjemny, zimny wiatr. Nic dziwnego, u nas w RPA mamy obecnie okres zimowy. A zatem jestem znowu w domu. Dzisiaj, gdy tylko uporałem się z najważniejszą korespondencją, pragnę choć krótko napisać do Was, aby wyrazić moją wdzięczność za miłą gościnę u Was, w Polsce. Ogromnie się ucieszyłem, gdy przyjaciele Misji z RFN podarowali mi fundusze na budowę nowego kościoła w mojej diecezji, Ale cóż to znaczy, jeżeli nie będę miał dla tej i wielu innych świątyń kapłana? Właśnie w tej sprawie byłem u Was.
Podróż do Polski była pod wieloma względami wielkim przeżyciem dla mnie. Poznałem wielu dobrych, oddanych sprawie ludzi. Słyszałem tak wiele o Waszych radościach, troskach i nadziejach na przyszłość. Doświadczyłem przede wszystkim Waszej wspaniałej wspólnoty Kościoła - tak żywej, mocnej i odważnej w wierze. Cieszyłem się z tego, że mogłem dwukrotnie przemówić do Waszych kleryków w Obrze - najpierw w czasie wieczornej konferencji a potem rano, w czasie Mszy św. Z reakcji słuchaczy odniosłem wrażenie, że kilku z nich najchętniej zaraz pojechałoby ze mną do Afryki, Rozumiem, że administracja prowincjalna na to trochę inaczej patrzy. Przedłożyłem jej tak leżącą mi na sercu potrzebę pomocy personalnej. Aby zaradzić najpilniejszym potrzebom mojej diecezji, potrzebuję w możliwie najbliższym czasie 2-3 misjonarzy - choćby na okres tylko 5 lat. Nie znaczy to, że później już więcej nie będę potrzebował pomocy, ale może po prostu w tym czasie coś się jednak zmieni. Może Pan Bóg hojniej pobłogosławi przede wszystkim naszym modlitwom i staraniom o miejscowe powołania.
Tak, jak Wam to wyjaśniłem, moja sytuacja odnośnie do personelu jest naprawdę trudna. Muszę tych 2-3 ludzi zdobyć! W czasie mojej nieobecności zmarł jeden z naszych misjonarzy-weteranów, o. Henryk Forgar OMI. Miał już 80 lat. Na jego pogrzebie było 40 misjonarzy z okolicy. Nic dziwnego. Był bardzo ceniony i lubiany. W okresie ostatnich 30 lat - wszystkich pracujących tu misjonarzy narodowości belgijskiej, irlandzkiej włoskiej i niemieckiej o. Forgar wprowadzał w tajniki języka tswana. Był autorem dobrej gramatyki tego języka. Obdarzony również talentem muzycznym skomponował bardzo wiele pieśni w tym języku. Należał do pionierów misyjnych wśród Batswanów.
Jeszcze raz serdeczne ,,Bóg zapłać” wszystkim, których spotkałem! Na Zielone Świątki powiedziałem w kazaniu: „Zawsze, gdy ktoś naprawdę żyje swoją wiarą i o niej świadczy, gdy ktoś próbuje ofiarnie znosić swoje cierpienia i zawody w życiu, gdy ktoś ofiarnie pielęgnuje chorego, niesie pociechę, przebacza... jest tam Duch Święty!” Był on również obecny w czasie naszych spotkań u Was.
Jest moim gorącym życzeniem, a ono jest zarazem wyrazem wdzięczności, abyście wszyscy jak najgłębiej tego działania Ducha Bożego doświadczyli!
Szczerze Wam oddany
13 czerwca powróciłem szczęśliwie do Kimberley. Gdy wysiadałem z samolotu, wiał nieprzyjemny, zimny wiatr. Nic dziwnego, u nas w RPA mamy obecnie okres zimowy. A zatem jestem znowu w domu. Dzisiaj, gdy tylko uporałem się z najważniejszą korespondencją, pragnę choć krótko napisać do Was, aby wyrazić moją wdzięczność za miłą gościnę u Was, w Polsce. Ogromnie się ucieszyłem, gdy przyjaciele Misji z RFN podarowali mi fundusze na budowę nowego kościoła w mojej diecezji, Ale cóż to znaczy, jeżeli nie będę miał dla tej i wielu innych świątyń kapłana? Właśnie w tej sprawie byłem u Was.
Podróż do Polski była pod wieloma względami wielkim przeżyciem dla mnie. Poznałem wielu dobrych, oddanych sprawie ludzi. Słyszałem tak wiele o Waszych radościach, troskach i nadziejach na przyszłość. Doświadczyłem przede wszystkim Waszej wspaniałej wspólnoty Kościoła - tak żywej, mocnej i odważnej w wierze. Cieszyłem się z tego, że mogłem dwukrotnie przemówić do Waszych kleryków w Obrze - najpierw w czasie wieczornej konferencji a potem rano, w czasie Mszy św. Z reakcji słuchaczy odniosłem wrażenie, że kilku z nich najchętniej zaraz pojechałoby ze mną do Afryki, Rozumiem, że administracja prowincjalna na to trochę inaczej patrzy. Przedłożyłem jej tak leżącą mi na sercu potrzebę pomocy personalnej. Aby zaradzić najpilniejszym potrzebom mojej diecezji, potrzebuję w możliwie najbliższym czasie 2-3 misjonarzy - choćby na okres tylko 5 lat. Nie znaczy to, że później już więcej nie będę potrzebował pomocy, ale może po prostu w tym czasie coś się jednak zmieni. Może Pan Bóg hojniej pobłogosławi przede wszystkim naszym modlitwom i staraniom o miejscowe powołania.
Tak, jak Wam to wyjaśniłem, moja sytuacja odnośnie do personelu jest naprawdę trudna. Muszę tych 2-3 ludzi zdobyć! W czasie mojej nieobecności zmarł jeden z naszych misjonarzy-weteranów, o. Henryk Forgar OMI. Miał już 80 lat. Na jego pogrzebie było 40 misjonarzy z okolicy. Nic dziwnego. Był bardzo ceniony i lubiany. W okresie ostatnich 30 lat - wszystkich pracujących tu misjonarzy narodowości belgijskiej, irlandzkiej włoskiej i niemieckiej o. Forgar wprowadzał w tajniki języka tswana. Był autorem dobrej gramatyki tego języka. Obdarzony również talentem muzycznym skomponował bardzo wiele pieśni w tym języku. Należał do pionierów misyjnych wśród Batswanów.
Jeszcze raz serdeczne ,,Bóg zapłać” wszystkim, których spotkałem! Na Zielone Świątki powiedziałem w kazaniu: „Zawsze, gdy ktoś naprawdę żyje swoją wiarą i o niej świadczy, gdy ktoś próbuje ofiarnie znosić swoje cierpienia i zawody w życiu, gdy ktoś ofiarnie pielęgnuje chorego, niesie pociechę, przebacza... jest tam Duch Święty!” Był on również obecny w czasie naszych spotkań u Was.
Jest moim gorącym życzeniem, a ono jest zarazem wyrazem wdzięczności, abyście wszyscy jak najgłębiej tego działania Ducha Bożego doświadczyli!
Szczerze Wam oddany
Hecht Erwin OMI, biskup Kimberley
Nowe początki w dżungli
Columbuthurai, 01.06.1984
Na pewno słyszycie często w wiadomościach radiowych o tragicznych wydarzeniach na Sri Lance. Mam na myśli akty gwałtu i terroru w całym kraju pomiędzy naszymi dwoma grupami narodowościowymi - Syngalezami i Tamilami. 100 tys. rodzin pozostało bez dachu nad głową. Tam, gdzie Tamilowie mieszkali w rozproszeniu wśród Syngalezów, zostali ograbieni, sterroryzowani a wielu nawet zostało zabitych. Wielu straciło cały swój dobytek. Całe grupy tych nieszczęśliwców uciekały na północ wyspy, aby wśród rodaków, którzy tam stanowią większość mieszkańców, znaleźć pomoc i schronienie.
Razem z całym Kościołem uczestniczymy w wysiłkach złagodzenia tragicznych skutków tych wydarzeń. Bierzemy udział w odbudowie zniszczeń materialnych, udzielamy pomocy, a przede wszystkim czynimy wszystko co możliwe, aby doszło znowu do pokojowego współistnienia obu narodowości. Nie jest to łatwe.
Uczyniono mnie odpowiedzialnym za duży obszar, gdzie razem z ochotnikami spośród laikatu i naszymi oblackimi klerykami próbujemy pomóc tym ludziom, by mogli stanąć ponownie na nogach. Pracujemy w dżungli, gdzie przydzielono nam teren do wykarczowania i zagospodarowania. Budujemy domki i zamierzamy tam założyć wspólną fermę - podobnie jak udało się nam to już zrealizować w Indiach. Chcielibyśmy najważniejsze prace wykonać w ciągu dwóch lat, aby ci ludzie poczuli się znowu u siebie w domu. Potrzebowalibyśmy wielu rzeczy. Jakże jest nam niezbędny traktor przy karczowaniu puszczy! Myślę, że z Bożą pomocą i przy współpracy życzliwych ludzi damy radę.
Razem z całym Kościołem uczestniczymy w wysiłkach złagodzenia tragicznych skutków tych wydarzeń. Bierzemy udział w odbudowie zniszczeń materialnych, udzielamy pomocy, a przede wszystkim czynimy wszystko co możliwe, aby doszło znowu do pokojowego współistnienia obu narodowości. Nie jest to łatwe.
Uczyniono mnie odpowiedzialnym za duży obszar, gdzie razem z ochotnikami spośród laikatu i naszymi oblackimi klerykami próbujemy pomóc tym ludziom, by mogli stanąć ponownie na nogach. Pracujemy w dżungli, gdzie przydzielono nam teren do wykarczowania i zagospodarowania. Budujemy domki i zamierzamy tam założyć wspólną fermę - podobnie jak udało się nam to już zrealizować w Indiach. Chcielibyśmy najważniejsze prace wykonać w ciągu dwóch lat, aby ci ludzie poczuli się znowu u siebie w domu. Potrzebowalibyśmy wielu rzeczy. Jakże jest nam niezbędny traktor przy karczowaniu puszczy! Myślę, że z Bożą pomocą i przy współpracy życzliwych ludzi damy radę.
Philips Stanisław OMI
Niezapomniane dni łaski
Mandama, 15.05.1984
Wciąż jeszcze żyję wspomnieniami naszej pielgrzymki Roku Odkupienia do katedry w Garoua, jaką odbyliśmy w styczniu tego roku. Opisał ją o. Alojzy Chrószcz w ostatnim numerze „Misyjnych Dróg”. Chciałabym dorzucić kilka moich osobistych wspomnień, a może przede wszystkim parę wrażeń samych uczestników, które świadczą, jak głęboko oni tę pielgrzymkę przeżyli.
Nasz Benedykt z Mayo-Malaou, gdy wróciliśmy, powiedział krótko: „Siostra nie chciała mnie zabrać na tę pielgrzymkę, bo jestem słaby i dużo choruję, ale przez całą drogę byłem bardzo szczęśliwy. Ja nic nie wiem, tylko to, że byłem szczęśliwy i że wszyscy byli bardzo dobrzy”. Warto było pójść chociażby dlatego, aby usłyszeć takie świadectwa. Jednak pielgrzymka była przede wszystkim szczerym, pełnym miłości darem Roku Jubileuszowego dla naszego Odkupiciela. Działanie Boże jest niezgłębione. Ileż ci ludzie wyprosili łask dla naszej trudnej misji w Mandamie.
Trasa wynosiła 150 km. Na samym początku było nas 23, ale potem nasza grupa z każdym dniem rosła. Szliśmy z żywą wiarą i wielkim entuzjazmem - śpiewając i modląc się. Na czele niesiono krzyż z napisem „Pielgrzymka Roku Odkupienia” i dwa maryjne proporczyki. Po 7 km zatrzymaliśmy się w naszej słomianej kaplicy w Douroum. Przypomniałam wszystkim jeszcze raz cel naszej pielgrzymki, a przede wszystkim to, że reprezentujemy naszą misję, że włączamy się w posłannictwo Kościoła Powszechnego, że powinniśmy w tych dniach przeżywać w jakiś szczególny sposób dzieło naszego odkupienia w Jezusie Chrystusie.
Gdy już wyruszyliśmy w dalszą drogę, przybiegł do nas człowiek wysłany przez Lamidę, czyli muzułmańskiego szefa miasteczka, z zapytaniem, dlaczego idziemy pieszo do Garoua? Lamido wyraził bowiem gotowość wypożyczenia nam swojego samochodu. Podziękowaliśmy za dobre serce, a jeden z naszych wytłumaczył mu w języku fufulde cel naszej pieszej pielgrzymki. Gdyśmy doszli do miasta Guider, zatrzymała nas policja, pytając co to za zorganizowana grupa, idąca krokiem równym jak wojsko, z jakimiś chorągiewkami, że czegoś podobnego jeszcze nie widzieli. Wyglądaliśmy rzeczywiście ciekawie, a zwłaszcza byliśmy mocno pokryci kurzem. U nas od 4 miesięcy nie spadła kropelka deszczu. Całe szczęście mieliśmy pisemne pozwolenie naszego komisarza policji. Od Koina szliśmy już w dwóch grupach. W Tchontchi chrześcijanie przyjęli nas niezwykle gościnnie. Pod przewodnictwem naszej siostry Kingi przygotowali nawet pączki, a przecież sami wiele nie posiadają. Włożyli w to całe swoje serce. Odczuli to i zauważyli wszyscy. Jeden z naszych Dabów powiedział mi: „Ci ludzie żyją tu jak najlepsza rodzina. Tu jest dużo miłości!”
Przebieg samej uroczystości opisał już o. Alojzy. Wspomnę tylko jeszcze, że gdy wracaliśmy i zatrzymaliśmy się znowu w Douroum, które jest miasteczkiem na wskroś muzułmańskim, jeden z mahometan, gdy usłyszał opowiadania o naszej pielgrzymce, zapytał, jak mają się teraz do nas zwracać, bo oni, gdy wracają z Mekki, to wołają ich „Hadji”. Czy więc mają teraz do nas mówić „Aladżi”, tzn. święty? Tłumaczyliśmy mu, że już od chrztu św. jesteśmy „Hadji”, a teraz poszliśmy uczcić Rok Święty. On jednak tego nie rozumiał. Wróciliśmy wszyscy cało - choć mocno zmęczeni. Po powrocie do domu każdy z pielgrzymów opowiadał swoje wrażenia. Zapadły głęboko w ich serca. Oto dla przykładu dwa z nich:
Abraham, jeden z najstarszych chrześcijan, liczący 60 lat, a który dopiero w tym roku na Wielkanoc przyjął chrzest św., tak opowiadał: „Jakże Pan Bóg jest dobry i ludzie są dobrzy tam, gdzie byliśmy. Musimy jeszcze wiele pracować nad sobą, aby być dobrymi. Byłem pierwszy raz w Garoua i bardzo mi się tam podobało. Najbardziej podobało mi się to, że było tam wiele więcej chrześcijan niż u nas”.
Franciszek z Mandamy: „Gdy wychodziliśmy od nas, było nas bardzo mało, a potem przybywało coraz więcej chrześcijan, a potem to już nie mogłem wszystkich policzyć”. Podobnych szczerych wypowiedzi było bardzo dużo. Jeszcze teraz po 4 miesiącach opowiadają swoje wrażenia. Doświadczyli przede wszystkim wielkiej wspólnoty Kościoła. Tu w buszu przeżywają ją tylko w małych grupach.
Ja sama przeżyłam pielgrzymkę bardzo mocno i głęboko. Często i bardzo mile wspominam te dni łaski, dziękując za nie Bogu.
Nasz Benedykt z Mayo-Malaou, gdy wróciliśmy, powiedział krótko: „Siostra nie chciała mnie zabrać na tę pielgrzymkę, bo jestem słaby i dużo choruję, ale przez całą drogę byłem bardzo szczęśliwy. Ja nic nie wiem, tylko to, że byłem szczęśliwy i że wszyscy byli bardzo dobrzy”. Warto było pójść chociażby dlatego, aby usłyszeć takie świadectwa. Jednak pielgrzymka była przede wszystkim szczerym, pełnym miłości darem Roku Jubileuszowego dla naszego Odkupiciela. Działanie Boże jest niezgłębione. Ileż ci ludzie wyprosili łask dla naszej trudnej misji w Mandamie.
Trasa wynosiła 150 km. Na samym początku było nas 23, ale potem nasza grupa z każdym dniem rosła. Szliśmy z żywą wiarą i wielkim entuzjazmem - śpiewając i modląc się. Na czele niesiono krzyż z napisem „Pielgrzymka Roku Odkupienia” i dwa maryjne proporczyki. Po 7 km zatrzymaliśmy się w naszej słomianej kaplicy w Douroum. Przypomniałam wszystkim jeszcze raz cel naszej pielgrzymki, a przede wszystkim to, że reprezentujemy naszą misję, że włączamy się w posłannictwo Kościoła Powszechnego, że powinniśmy w tych dniach przeżywać w jakiś szczególny sposób dzieło naszego odkupienia w Jezusie Chrystusie.
Gdy już wyruszyliśmy w dalszą drogę, przybiegł do nas człowiek wysłany przez Lamidę, czyli muzułmańskiego szefa miasteczka, z zapytaniem, dlaczego idziemy pieszo do Garoua? Lamido wyraził bowiem gotowość wypożyczenia nam swojego samochodu. Podziękowaliśmy za dobre serce, a jeden z naszych wytłumaczył mu w języku fufulde cel naszej pieszej pielgrzymki. Gdyśmy doszli do miasta Guider, zatrzymała nas policja, pytając co to za zorganizowana grupa, idąca krokiem równym jak wojsko, z jakimiś chorągiewkami, że czegoś podobnego jeszcze nie widzieli. Wyglądaliśmy rzeczywiście ciekawie, a zwłaszcza byliśmy mocno pokryci kurzem. U nas od 4 miesięcy nie spadła kropelka deszczu. Całe szczęście mieliśmy pisemne pozwolenie naszego komisarza policji. Od Koina szliśmy już w dwóch grupach. W Tchontchi chrześcijanie przyjęli nas niezwykle gościnnie. Pod przewodnictwem naszej siostry Kingi przygotowali nawet pączki, a przecież sami wiele nie posiadają. Włożyli w to całe swoje serce. Odczuli to i zauważyli wszyscy. Jeden z naszych Dabów powiedział mi: „Ci ludzie żyją tu jak najlepsza rodzina. Tu jest dużo miłości!”
Przebieg samej uroczystości opisał już o. Alojzy. Wspomnę tylko jeszcze, że gdy wracaliśmy i zatrzymaliśmy się znowu w Douroum, które jest miasteczkiem na wskroś muzułmańskim, jeden z mahometan, gdy usłyszał opowiadania o naszej pielgrzymce, zapytał, jak mają się teraz do nas zwracać, bo oni, gdy wracają z Mekki, to wołają ich „Hadji”. Czy więc mają teraz do nas mówić „Aladżi”, tzn. święty? Tłumaczyliśmy mu, że już od chrztu św. jesteśmy „Hadji”, a teraz poszliśmy uczcić Rok Święty. On jednak tego nie rozumiał. Wróciliśmy wszyscy cało - choć mocno zmęczeni. Po powrocie do domu każdy z pielgrzymów opowiadał swoje wrażenia. Zapadły głęboko w ich serca. Oto dla przykładu dwa z nich:
Abraham, jeden z najstarszych chrześcijan, liczący 60 lat, a który dopiero w tym roku na Wielkanoc przyjął chrzest św., tak opowiadał: „Jakże Pan Bóg jest dobry i ludzie są dobrzy tam, gdzie byliśmy. Musimy jeszcze wiele pracować nad sobą, aby być dobrymi. Byłem pierwszy raz w Garoua i bardzo mi się tam podobało. Najbardziej podobało mi się to, że było tam wiele więcej chrześcijan niż u nas”.
Franciszek z Mandamy: „Gdy wychodziliśmy od nas, było nas bardzo mało, a potem przybywało coraz więcej chrześcijan, a potem to już nie mogłem wszystkich policzyć”. Podobnych szczerych wypowiedzi było bardzo dużo. Jeszcze teraz po 4 miesiącach opowiadają swoje wrażenia. Doświadczyli przede wszystkim wielkiej wspólnoty Kościoła. Tu w buszu przeżywają ją tylko w małych grupach.
Ja sama przeżyłam pielgrzymkę bardzo mocno i głęboko. Często i bardzo mile wspominam te dni łaski, dziękując za nie Bogu.
Prądzińska Monika, siostra służebniczka śląska
Kościół w Marolambo się umacnia
Marolambo, 15.01.1984
Odwiedził nas niedawno temu nasz Biskup Ordynariusz Hieronim Razafindrazaka. To ten sam, który był w Polsce przed naszym przyjazdem tu na Madagaskar. Wywiózł miłe wrażenie z naszej ojczyzny. Zresztą to uroczy człowiek. Byliśmy przekonani, że aż do Marianoro przyleci samolotem, ale pomimo swoich 70 lat chciał odbyć, długą i uciążliwą podróż z Tamatave aż do nas, razem z o. Chrószczem, terenowym samochodem. Już nieraz o tym pisaliśmy, że nasze drogi to nie autostrady, ale prawdziwe tory motocrossowe.
Ks. Biskup przybył by nas odwiedzić, ale zarazem udzielił sakramentu bierzmowania 41 spośród naszej młodzieży. Staraliśmy się kandydatów jak najlepiej przygotować. Z mojego sektom wybrałem 13. Ubraliśmy chłopców i dziewczęta w jednakowe białe tuniki. Ponieważ rzadko kto z nich mógłby sobie taką kupić, mamy parafialną wypożyczalnię ubiorów na Pierwszą Komunię św. i na Bierzmowanie. Nieźle ta instytucja funkcjonuje, a najważniejsze, że wszyscy są porządnie ubrani.
Bierzmowanie poprzedziła piękna uroczystość poświęcenia dużego krzyża dla upamiętnienia Roku Odkupienia. Został on procesyjnie wniesiony do kościoła, a po Mszy św. postawiony na placu w naszym najbliższym sąsiedztwie. Kolejno podchodziły do krzyża różne stany. Niesiono go z dużym przejęciem. Każdy chciał go dotknąć. Popołudniowa uroczystość odbyła się w nowo wyremontowanym domu parafialnym. Przez cały niemal rok pracowałem z ekipą naszych ludzi, aby z dawnego budynku gospodarczego urządzić salki dla katechezy, i innych spotkań parafialnych. Kłopotów było niemało - przede wszystkim materialnych. U nas każdy worek cementu jest na wagę złota, a zdobycie kilku dobrych desek, to sukces nie lada. Tym większa była radość wszystkich, gdy zobaczyli swoje dzieło i mogli świętować w nowych pomieszczeniach.
Niezapomniane wrażenie pozostawiła wieczorna procesja ze świecami, od kościoła wokół rynku miasta. Potem odbyło się nabożeństwo maryjne przy naszej grocie M. B. z Lourdes. Modlono się żarliwie. Takie odwiedziny pasterza diecezji wnoszą wiele słońca do naszych wspólnot, umacniają wiarę naszych chrześcijan, ale i nam dodają nowych sił. Na uroczystość przybyło bardzo wielu chrześcijan z okolicy. Wszyscy przeżyli te dni bardzo głęboko.
Niech te kilka słów wspomnień naszych pięknych przeżyć będą i dla Was umocnieniem w wierze. Kościół Boży się rozwija i pogłębia w tak wielu sercach. Polecając się pamięci w modlitwach - wszystkich serdecznie pozdrawiam.
Ks. Biskup przybył by nas odwiedzić, ale zarazem udzielił sakramentu bierzmowania 41 spośród naszej młodzieży. Staraliśmy się kandydatów jak najlepiej przygotować. Z mojego sektom wybrałem 13. Ubraliśmy chłopców i dziewczęta w jednakowe białe tuniki. Ponieważ rzadko kto z nich mógłby sobie taką kupić, mamy parafialną wypożyczalnię ubiorów na Pierwszą Komunię św. i na Bierzmowanie. Nieźle ta instytucja funkcjonuje, a najważniejsze, że wszyscy są porządnie ubrani.
Bierzmowanie poprzedziła piękna uroczystość poświęcenia dużego krzyża dla upamiętnienia Roku Odkupienia. Został on procesyjnie wniesiony do kościoła, a po Mszy św. postawiony na placu w naszym najbliższym sąsiedztwie. Kolejno podchodziły do krzyża różne stany. Niesiono go z dużym przejęciem. Każdy chciał go dotknąć. Popołudniowa uroczystość odbyła się w nowo wyremontowanym domu parafialnym. Przez cały niemal rok pracowałem z ekipą naszych ludzi, aby z dawnego budynku gospodarczego urządzić salki dla katechezy, i innych spotkań parafialnych. Kłopotów było niemało - przede wszystkim materialnych. U nas każdy worek cementu jest na wagę złota, a zdobycie kilku dobrych desek, to sukces nie lada. Tym większa była radość wszystkich, gdy zobaczyli swoje dzieło i mogli świętować w nowych pomieszczeniach.
Niezapomniane wrażenie pozostawiła wieczorna procesja ze świecami, od kościoła wokół rynku miasta. Potem odbyło się nabożeństwo maryjne przy naszej grocie M. B. z Lourdes. Modlono się żarliwie. Takie odwiedziny pasterza diecezji wnoszą wiele słońca do naszych wspólnot, umacniają wiarę naszych chrześcijan, ale i nam dodają nowych sił. Na uroczystość przybyło bardzo wielu chrześcijan z okolicy. Wszyscy przeżyli te dni bardzo głęboko.
Niech te kilka słów wspomnień naszych pięknych przeżyć będą i dla Was umocnieniem w wierze. Kościół Boży się rozwija i pogłębia w tak wielu sercach. Polecając się pamięci w modlitwach - wszystkich serdecznie pozdrawiam.
Lis Marian OMI






