MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Listy misjonarzy


Podziwiałem tych misjonarzy

Winzer, 07.08.2007
Galeria
(Kliknij, aby powiększyć)
O. Jerzy przy wjeździe do Szumilina. W głębi budujący sie kościół

Chciałbym podzielić się z Czytelnikami kilkoma wrażeniami z mojej wizyty w Szumilinie na Białorusi. Na wstępie jednak napiszę kilka słów o sobie. Jestem duszpasterzem w diecezji Passau w Niemczech. Polscy oblaci są mi dobrze znani, gdyż byłem kilka lat klerykiem w Obrze ale, jak to czasem w życiu bywa, nasze drogi się później rozeszły. W sercu jednak pozostałem misjonarzem i jak tylko mogę, staram się misjonarzy wspierać.

Dwa lata temu poznałem przypadkowo w mojej rodzinnej Malni na Śląsku o. Jerzego Kotowskiego OMI pracującego w Szumilinie na Białorusi. Odwiedził mnie w Niemczech, a w tym roku ja postanowiłem go odwiedzić na Białorusi. Pojechaliśmy razem do Szumilina. Podróż trwała trzy dni. Białoruś jest pięknym krajem, choć bardzo biednym. Główne drogi są szerokie i wygodne, jednak boczne są w bardzo kiepskim stanie. Na miejscu powitano mnie bardzo serdecznie. Mój przyjaciel Jerzy, starał się jak tylko mógł, aby mi możliwie wiele pokazać. Pracy ma dużo. Jest proboszczem, budowniczym kościoła i klasztoru, pełni również funkcję lekarza, a w domu zajmuje się podstawowymi obowiązkami. Pomagają mu dzielnie dwaj ojcowie: Marek i Szymon.

Mieszkają w nieciekawym bloku. Rano, z sypialni, w której spałem, robi się kaplicę, a po modlitwach powstaje na tym miejscu jadalnia. Śniadanie wszyscy przygotowują razem. Wreszcie potem pokój staje się biurem parafialnym. Ojcowie oczywiście znoszą te niewygody i pracują na chwałę Bożą i dla dobra powierzonych im wiernych.

Po śniadaniu pojechaliśmy do Witebska, by kupić potrzebną na budowie watę szklaną i kolanka do rur. Podziwiałem, jak o. Jerzy na tym się znał. Wróciliśmy wcześnie i po krótkim pobycie na budowie pojechaliśmy na cmentarz, gdzie asystowaliśmy w pogrzebie. Tam przeżyłem prawdziwy szok, bo niektórzy z uczestników byli pijani. Jednego z nich o. Jerzy uratował przed upadkiem do grobu. Znowu podziwiałem o. Jerzego jak ze spokojem kontynuował obrzędy.

Na obiad udaliśmy się do sióstr szarytek. Był to miły oddech, ale zaraz potem trzeba było udać się do kaplicy w Obolu, również obsługiwanej przez oblatów, na różaniec oraz Mszę św. Potem nastąpiły wizyty u różnych ludzi, gdzie załatwiano sporo spraw. Dzień pracy trwał bardzo długo – przynajmniej 16 godzin. Potem jeszcze modlitwa na zakończenie dnia. Jestem pełen podziwu dla tych misjonarzy. Po wizycie u o. Jerzego, zrozumiałem, że trzeba ich jeszcze bardziej wspomagać, ponieważ robią wiele dobrego. Podziwiałem ich zwłaszcza dlatego, że pomimo licznych trudności trwają i dzielnie wykonują swoje obowiązki. Trzeba się za nich modlić i ich wspomagać. Pozdrawiam oblatów, którzy mnie jeszcze pamiętają, zwłaszcza bliskiego mi obecnego rektora seminarium o. Wojciecha i jeżeli wypada, chciałbym go zachęcić do dalszego wysyłania kleryków na praktyki do Szumilina. Przechodzą tam dobrą szkołę i dużo pomogą. Spotkamy się może kiedyś w Malni, skąd pochodzi bł. o. Józef Cebula. Szczęść Boże wszystkim!
Simon Richard, ks.

Najnowsze wieści z Pakistanu

Iława, 28.07.2007
Galeria
(Kliknij, aby powiększyć)
O. Marek cieszy się dobrą kondycją
Diakoni podczas święceń kapłańskich
Naszych pięciu neoprezbiterów
Nasi wierni

Gorąco wszystkich pozdrawiam – tym razem z Polski. Po dwóch latach przyjechałem na krótki urlop i cieszę się ojczystą ziemią. Chętnie również dzielę się ostatnimi wieściami z mojej misji w Pakistanie, gdzie jestem odpowiedzialny za juniorat (rodzaj niższego seminarium duchownego) w Multanie. Szkoła dobrze prosperuje. Pomagali mi w ostatnim roku szkolnym dwaj diakoni – jeden do stycznia, a drugi od stycznia do czerwca.

W listopadzie gościliśmy dwóch radnych z administracji generalnej w Rzymie, a później prowincjała niemieckich oblatów z dyrektorem prokury misyjnej. To dobrze, że takie osoby nas odwiedzają i widzą nasze problemy i zamierzenia. Nasi juniorzy przygotowali piękny program przybliżający gościom kulturę naszego kraju.

25 marca br. nasz dom był po brzegi wypełniony gośćmi. W tym dniu bowiem pięciu naszych diakonów otrzymało w katedrze w Multan święcenia kapłańskie. Już dawno nie święcono tylu kapłanów w naszej delegaturze. Zjechali się prawie wszyscy oblaci pracujący w Pakistanie i dużo osób z rodzin i znajomych święconych diakonów. Była to piękna uroczystość. Załączone zdjęcia oddają trochę z tej atmosfery – trudno ją nawet porównać z podobnymi uroczystościami w Polsce. Po święceniach wszyscy goście udali się do naszego junioratu na uroczysty obiad. Było gwarno i kolorowo. Wszystkim smakował smaczny buryani (ryż z mięsem). Przygotowano go w kilku dużych garnkach. Pod wieczór wszyscy zadowoleni wracali do domów.

Tak wielka liczba święconych pozwoliła nam objąć dwie nowe parafie w Pakistanie: jedną w archidiecezji Karachi i drugą w Kasur w archidiecezji Lahore, blisko granicy z Indiami. A zatem się rozwijamy. Są to niewątpliwie radosne wieści. Zawsze młodzież dodaje nowego, młodego ducha. Będzie rozpalała serca naszych chrześcijan miłością do Boga i Kościoła. Również dla nas są to ważne wydarzenia i nowa zachęta do pracy misyjnej. Praca ewangelizacyjna w Pakistanie nie jest łatwa. Często w telewizji czy innych mediach w Polsce coś się słyszy o wydarzeniach politycznych i sytuacji religijnej w Pakistanie. Ostatnio robi się coraz goręcej, bo zbliżają się wybory prezydenckie i wiele może ulec zmianie. Żyjemy oczywiście nadzieją, że będzie dobrze, że będziemy mogli żyć i pracować w pokoju. Potrzebujemy dużo wsparcia modlitewnego. Sami tego już tak nie zauważamy, ale goście często dostrzegają, że u nas całe życie nosi na sobie piętno zwyczajów kultury islamskiej. Podziwiać trzeba naszych chrześcijan, którzy już od dziesiątek lat potrafią w tej sytuacji nie tylko trwać, ale dawać świadectwo heroicznej wiary.

Jeszcze raz gorąco pozdrawiam wszystkich Czytelników i Przyjaciół Misji. Dziękuję za każdą pomoc, zwłaszcza za modlitwy. Niech Pan Bóg to wynagrodzi. Pamiętamy również w modlitwie.
Swat Marek OMI

Odwiedziny u Hmongów w Chinach

Lomsak, 25.07.2007
Galeria
(Kliknij, aby powiększyć)
W wielkie święta dziewczynki ubierają się w tradycyjny strój Hmongów
W wielkie święta dziewczynki ubierają się w tradycyjny strój Hmongów
Krajobraz Junnan
Zasłużony katechista Tho Ya
Kościół w Ling Sui Koe, ks.Tho Yaw i Haam Kub
W kościele w Ling Sui Koe podczas Eucharystii
Noworoczny posiłek
Rodzina katechisty Tho Song
Nazywam się Haam Kub. Mieszkam wraz z żoną i sześciorgiem dzieci w wiosce Khek Noi w północnej Tajlandii. Należę do górskiego plemienia Hmongów, które przybyło tu przed laty z Laosu. Od ośmiu lat pracuję w Katolickim Centrum Hmongów w leżącym niedaleko miasteczku Lomsak. Centrum założone zostało przez o. Yves Bertrais OMI, który przez ponad 50 lat głosił Ewangelię wśród Hmongów, a zmarł niedawno, 27 maja 2007 r. Centrum Hmongów Lomsak prowadzone jest nadal przez Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Moim zadaniem, podobnie jak pozostałych pracowników Centrum, jest przygotowywanie codziennych audycji radiowych w języku hmong, które nadawane są w Radio Veritas Asia z Filipin.

Inną formą naszej posługi jest odwiedzanie i pomoc Hmongom żyjącym w trudnych warunkach w Tajlandii, Chinach, Laosie i Wietnamie. Szczególnie na sercu leży nam trudna sytuacja naszych braci i sióstr w południowych Chinach. O. Bertrais sam odwiedził tamte wspólnoty kilkanaście razy. Później wysyłał nas – współpracowników – z misją umocnienia więzów oraz pomocy chrześcijanom tam mieszkającym.

W dniach 29 stycznia - 24 lutego 2007 r. sam miałem szczególną okazję udać się do Chin w tym właśnie celu: aby odwiedzić i wspomóc katechistów oraz ludność plemienia Hmong żyjącą w wioskach prowincji Junnan. Wyjazd i pomoc katechistom oraz ubogiej ludności była możliwa dzięki ofiarności o. Floor de Grauw OMI z Holandii, który wspomógł nasz projekt. Zostałem wydelegowany na jego realizację przez o. Cypriana Czopa OMI, dyrektora Centrum i pozostały personel.

Podczas pobytu w Chinach poznałem dwóch kapłanów z plemienia Hmong. Księża Tho Yaw i Tho Ji są braćmi. Ks. Tho Yaw pracuje jako proboszcz w kościele w wiosce Ling Sui Koe. Jest odpowiedzialny za opiekę duszpasterską nad wiernymi, także w wielu innych wioskach leżących w pobliżu miasta Lincang. Ks. Tho Ji z kolei mieszka i pracuje wśród katolików w mieście Dali i okolicach.

Spotkałem też miejscowych katechistów. Przewodzi im Tho Ya, mężczyzna w podeszłym już wieku, bardzo zasłużony dla sprawy nauczania, głoszenia Ewangelii i animowania modlitwy w wioskach hmongskich. Jego wnuk, Tho Song, jest chętny, by kontynuować tę działalność, jednak brakuje mu odpowiedniego wykształcenia. Ks. Tho Ji chciałby wysłać go na studia lub kurs katechetyczny, aby mógł owocnie nauczać w przyszłości.

Kiedy przybyłem do wioski Ling Sui Koe, by spotkać się z Tho Ya, po trzech dniach pojawiła się tam policja z Lincang. Trzech funkcjonariuszy, z których jeden był Hmongiem, a pozostali Chińczykami, weszło do domu katechisty, by dowiedzieć się czegoś o mnie. Usiedliśmy razem do obiadu i rozmawialiśmy dość przyjaźnie. Jeden z policjantów, Chińczyk, który – jak zauważyłem – był szefem grupy, dużo mnie wypytywał.

Chciał, bym wyraził swoją opinię, czy jest możliwe, że księża Kościoła patriotycznego w Chinach oraz kapłani będący w jedności z Watykanem kiedyś się zjednoczą. Odpowiedziałem, że musi nadejść taki dzień, że obydwa Kościoły się połączą, bo przecież wierzą w tego samego Boga. Pytał dalej: „W jaki sposób według Pana dokona się to połączenie?” Powiedziałem, że jeśli Ojciec Święty i prezydent Chin zaczną rozmawiać i dojdą do porozumienia, Kościół powszechny i Kościół chiński będą mogły się pojednać. Policjant wreszcie zapytał o moją opinię na temat polityki: „Czy system demokratyczny da się pogodzić z komunistycznym?” Odpowiedziałem mniej więcej tak: „W przeszłości i współcześnie nie dało się obu systemów pogodzić. Wierzę, że w przyszłości wszystkie narody i państwa będą chciały żyć z sobą w przyjaźni i mieć dobre kontakty, i to niezależnie od tego, jaki panuje system polityczny czy jaka dominuje religia. Trzeba poszukiwać dróg, które jednoczą. Jestem przekonany, że trzeba żyć w jedności i porozumieniu ze wszystkimi systemami i religiami na świecie”.

Pytano mnie też o wykształcenie i znajomość języków. Policjant, który był Hmongiem, zaoferował pomoc i zapewnił, że jeśli czegoś będę potrzebował podczas pobytu, mogę w każdej chwili do niego zadzwonić. „Jesteśmy szczęśliwi, że możemy Panu pomóc” – podkreślił. Po skończonym obiedzie, funkcjonariusze podziękowali i wrócili do Lincang. W czasie mojego pobytu, co kilka dni otrzymywałem telefony albo wizyty z policji, w celu sprawdzenia, czym się konkretnie zajmuję. Mimo tych częstych kontroli, nie spotkałem się z wrogością ze strony chińskich organów ścigania.

Odwiedziłem Hmongów w wielu wioskach. Pracuje w nich obecnie trzech katechistów, którzy uczą pisać i czytać w języku hmong oraz katechizują młodzież. Miałem okazję obserwować życie katechistów i ich rodzin, które nie jest łatwe. Zwłaszcza w trudnej sytuacji znalazł się kilka miesięcy temu podeszły w latach Tho Ya, który bardzo mocno przeżył śmierć żony.

Wraz z Tho Song pojechaliśmy raz odwiedzić wioskę Nong Nam Saad („Czysta Woda”), gdzie mieszka jego teść. Wbrew temu co mówi nazwa, mieszkańcy tej osady mają poważny problem z wodą. Okolica położona jest wysoko w górach, gdzie dominują skały i nie spływa żadna woda. Niektóre rodziny doprowadzają wodę z terenów leżących poniżej, aby nawadniać pola kukurydzy. Każde domostwo musi też mieć duży betonowy zbiornik na wodę deszczową, której używa się w kuchni.

W wiosce tej żyje niewiele rodzin katolickich i brak jest kościoła czy kaplicy. Mieszkańcy nie są regularnie odwiedzani przez katechistów. Jednak zauważyłem, że pomimo trudności, wiara tej garstki chrześcijan jest bardzo silna. Modlą się wspólnie przed każdym posiłkiem, a przed snem odmawiają różaniec.

Po kilku dniach wróciłem do wioski Ling Sui Koe, aby wraz z katechistą Tho Ya oraz księdzem Tho Yaw świętować Hmongski i Chiński Nowy Rok, który akurat nadchodził. Z powodu święta nie kursowały autobusy, ani żadne środki transportu publicznego. Swoją pomoc zaofiarował mi sam Sua Wy Lao, który odwiózł mnie swoim motocyklem. W podróży, która zajęła nam sześć godzin, towarzyszyło nam kilkoro młodzieży. W czasie drogi bardzo zmarzliśmy. Ofiarność i poświęcenie tych ludzi bardzo mnie wzruszyła, gdyż nie znając mnie wcześniej, okazali mi wiele serca i przyszli z pomocą w potrzebie.

Świętowanie Nowego Roku ma u Hmongów charakter bardzo uroczysty, może najbardziej uroczysty w ciągu całego roku. Oprócz obchodów związanych z tradycją, katolicy mają też obrzędy religijne. W kościele w Ling Sui Koe wszyscy wierni uczestniczyli w Eucharystii w ostatnim dniu starego roku i w pierwszym dniu nowego. Dziękowali Bogu za łaski otrzymane i prosili o błogosławieństwo na Nowy Rok. Potem udali się na plac wiejski, gdzie wspólnie mieli świętować przez kilka dni. Odwiedziliśmy okoliczne wioski, by zobaczyć jak w poszczególnych miejscach bawią się mieszkańcy witający Nowy Rok. Po dwóch dniach zabawy nadszedł czas powrotu do Kunming, a stamtąd do Tajlandii.

Wizyta w Chinach była bardzo owocna. Na każdym kroku spotykałem się nie tylko z życzliwością i dobrocią ludzką – mimo ubóstwa i trudnych warunków życia – ale i z silną wiarą, która trwa mimo systemu komunistycznego panującego w tym kraju i mimo braku opieki duszpasterskiej w wielu miejscach. Wioski, które odwiedzałem, wydawały się odcięte od reszty świata, prawie zapomniane. A jednak w sercach ludzi tam mieszkających znalazłem wiele radości, nadziei, miłości. Żarzy się w nich tęsknota za lepszym życiem, za wolnością –za Bogiem. Dobrze, że wśród nich są kapłani i katechiści – choć ich liczba jest niewystarczająca. Byłem szczęśliwy, że mogłem odwiedzić moich braci i siostry Hmongów w prowincji Junnan, że mogłem przekazać im pomoc oraz mieszkać, modlić się i świętować wraz z nimi przez ten miesiąc. Jestem wdzięczny dobrym ludziom, dzięki którym mogłem pojechać na tę „misję” do Chin oraz wszystkim, których spotkałem na mojej drodze.
Kub Haam
Tłum.: o. Cyprian Czop OMI

Polubiłem moją parafię w Jaunde

Jaunde, 10.06.2007
„Skoro ją polubiłeś, trzeba o niej coś napisać” – w ten sposób przynaglony przez Ojca Redaktora, piszę, bo rzeczywiście już dawno tego nie robiłem, choć lubię czytać, co inni misjonarze piszą o swoich misjach.

Od kilku lat pracuję w stolicy Kamerunu Jaunde. Miasto liczy około 2 mln mieszkańców i jest pięknie położone – na wzgórzach, w dolinach, wśród tropikalnej zieleni. Miejscowa ludność należy w przeważającej części do plemienia Ewondo, które z kolei należy do wielkiej rodziny Bantu. W stolicy można jednak spotkać ludzi z całego kraju i również z państw sąsiednich. Białych pozostała garstka, a Polaków można policzyć na palcach. W naszej archidiecezji jest 140 parafii-misji, a katolików ponad milion. Jestem już jednym z nielicznych białych proboszczów. Powołań kapłańskich jest sporo. W ubiegłym roku nasz arcybiskup posłał na misje trzech kapłanów fidei donum.

Nasza misja pw. świętych Rafała i Tobiasza rozciąga się u podnóża najwyższego wzniesienia w Jaunde zwanego Mbankolo. Do misji należy ok. 8500 mieszkańców, w tym 3600 ochrzczonych i 130 katechumenów. W pracy duszpasterskiej pomaga mi w soboty i niedziele młody oblat z Nigerii o. Georges Theanacho, który studiuje tu w Instytucie Katolickim. Często pomaga mi również o. Krzysztof Zielenda, który jest przełożonym w oblackim Instytucie Filozofii, gdzie studiuje 65 naszych kleryków. Przy parafii pracują również siostry św. Rodziny z Bordeaux i 14 katechistów, Cieszymy się pięknie położonym kościołem i zapleczem katechetycznym, które sprawia, że parafia tętni życiem. W tym roku na Wielkanoc 24 dorosłych katechumenów przyjęło chrzest św. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego mieliśmy chrzest 32 dzieci szkolnych. Niezależnie od tego co dwa miesiące odbywa się chrzest najmniejszych dzieci z formacją ich rodziców i chrzestnych.

Ludzie z plemienia Ewondo są bardzo religijni. W niedzielę kościół jest zapełniony na wszystkich czterech Mszach św. W dni powszednie już od godz. 5.45 mamy w kościele przynajmniej 60 osób, które uczestniczą w Liturgii Godzin. Ewondo są znani z pięknych, radosnych śpiewów i liturgicznych tańców. Tworzą cztery chóry. W salkach pod kościołem codziennie uczą się licealiści i studenci z całej parafii i nawet z sąsiednich, ponieważ jest tam cisza i dobre oświetlenie. W tym roku na 54 osób zdających maturę wynik pozytywny uzyskało 41, co w naszych warunkach jest dużym osiągnięciem. Jest dużo młodzieży, dużo życzliwej współpracy. Wszystko to sprawia, że polubiłem parafię w Jaunde i trwam na posterunku.

Wielką radością są odwiedziny moich współbraci z Yokadoumy oddalonej od stolicy o 650 km. Gdy przybywają po zakupy, zawsze u mnie mieszkają. Ojciec bp Eugeniusz Jureczko jeszcze nigdy nas nie ominął. Natomiast oblaci z północy Kamerunu rzadko tu się zjawiają, bo jest daleko – ponad 1200 km, a mają tam sporo pracy. Teraz przygotowują sanktuarium w Figuil do uroczystego otwarcia.

Słowem najczęściej używanym w Kamerunie północnym, gdzie blisko 30 lat pracowałem, jest usoko: (dziękuję). Tu, na południu, a zwłaszcza w Jaunde, mówi się aboungang. Pragnę tymi słowami wyrazić wdzięczność wszystkim przyjaciołom misji za wszelkie dobro, jakie staje się naszym udziałem: za pamięć w modlitwach oraz składane ofiary, za wszelką życzliwość. Odwzajemniam się pamięcią w modlitwie i pracą.
Jankowicz Stanisław OMI

Z pomocą chorym na AIDS

Poznań, 01.06.2007
Galeria
(Kliknij, aby powiększyć)



Dziś wyjątkowo piszę do Was z Polski, a dokładniej z Poznania, bo obecnie jestem na urlopie w kraju. Chciałbym się z Wami Przyjaciółmi podzielić doświadczeniem ekumenicznym Kościoła misyjnego w Kenii, który jednoczy się z ludźmi różnych religii ze względu na cierpienie człowieka chorobą HIV-AIDS. Jak sami wiecie, na AIDS nie ma lekarstwa czy szczepionki. Jest jednak życzliwość drugiego człowieka, która wymaga niemałej odwagi i samozaparcia.

W 2003 r. na naszej misji w Kionyo-Meru, powstała międzywyznaniowa grupa pomocy dla ofiar HIV-AIDS, tym bezpośrednio dotkniętym chorobą, ale także ich rodzinom. Początki jak zawsze były ciężkie, a czasem beznadziejne, ale czas i łaska Pana Boga pokazały, że tak nie jest.

Po kilku miesiącach spotkań, obrad i planowania pojawiła się pierwsza osoba. Kobieta w wieku około 48 lat, wdowa z trojgiem dzieci w różnym wieku i przede wszystkim z wielką odwagą i nadzieją. Po śmierci swojego męża kobieta ta przebadała się i dowiedziała się, że jest zarażona HIV. W pierwszym momencie, jak sama wspomina, usunął się jej spod stóp świat, utraciła całą nadzieję i ochotę na życie. Ale przecież są dzieci... co z nimi będzie? Ówczesna sytuacja nie sprzyjała nikomu, kogo dotknęła ta choroba. Ludzie bardzo bali się choroby i każdego zarażonego. Traktowali to jako karę Bożą albo przekleństwo złych duchów. Wielu z nich do dziś mówi, że wolą umierać w nieświadomości niż być napiętnowani.

Dzięki modlitwie chrześcijan różnych wyznań i nie tylko chrześcijan, którzy zjednoczyli się, aby nieść pomoc ofiarom HIV-AIDS oraz pomocy finansowej poszczególnych dobroczyńców a także różnych organizacji rządowych i międzynarodowych, samoświadomość i odpowiedzialność za drugiego człowieka wzrasta z dnia na dzień. Obecnie z pomocy; jaką ofiarujemy, korzystają 85 osoby, które żyją z AIDS i przyznają się do swojej choroby, a także sieroty, których rodzice zmarli na tę chorobę wyniszczającą Afrykę. Przy naszej misji, z udziałem ludzi z różnych wyznań, wspólnie niesiemy pomoc i organizujemy spotkania mające na celu uświadomienie, czym jest AIDS i jak się przed tą chorobą chronić. Osoby, o których już tu wyżej wspomniałem, oprócz pomocy materialnej na zakup lekarstw, otrzymują pomoc w postaci różnych darów umożliwiających im godne życie, a także wsparcie specjalistów, którzy przynajmniej raz w miesiącu przyjeżdżają na teren misji, aby zachęcić ludzi do przebadania się i podjęcia kroków w celu zwalczenia tej choroby.

Dzięki pomocy różnych organizacji i przyjaciół misji dzieło to może istnieć i nieść potrzebną pomoc. W sposób szczególny pragnę podziękować Ambasadzie RP w Nairobi, która odpowiedziała na nasz apel i ofiarowała pomoc materialną w wysokości 770 000 kenijskich szylingów. Choć potrzeby są bardzo duże, to i tak każda pomoc powiększa nadzieję na lepsze jutro, a także uczy, że cierpienie drugiego człowieka w dzisiejszych czasach przepełnionych przemocą i wojnami nie jest nam obojętne.

Serdecznie Was pozdrawiam i dziękuję wszystkim za modlitwy i ofiary, zwłaszcza dla nowych misjonarzy i misji.
Wilk Mariusz OMI


 
Copyright 2005-2009 ©
Misyjne Drogi