MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Listy misjonarzy


Olimpiada 2008 r. w Chinach

Łeba, 15.07.2001
Pracowałem jako misjonarz w Hongkongu – obecnie jestem znowu w kraju, ale nie przestałem myśleć o Chinach, a fakt, że Pekinowi przyznano organizację Igrzysk Olimpijskich, przyjąłem z wielkim zadowoleniem, choć wiem, że jest wiele racji, które budzą wątpliwości w stosunku do tej decyzji.

Przebywałem w Hongkongu właśnie wtedy, kiedy to stolica Chin po raz pierwszy ubiegała się o organizację Igrzysk Olimpijskich – mimo że wtedy Pekin stał na straconej pozycji. Mocniejsze argumenty miał Melbourne, potem Sydney, ale już wtedy zapewniano Pekin, że może się to stać w 2008 r. I zapadła tak decyzja.

Bardzo się cieszę z tego, że to właśnie Pekin będzie za kilka lat gościł najlepszych sportowców świata. Dlaczego? Nie tak łatwo jest wniknąć w mentalność Chińczyków, ale już same przygotowania, a potem igrzyska pozwolą światu dowiedzieć się wiele o tym kraju i go zrozumieć, a Chińczykom ukazać ich dramaty. Trudno będzie przeszkodzić kontaktom milionów mieszkańców Pekinu z milionami cudzoziemców przebywającymi tam w związku z igrzyskami olimpijskimi. Mam na myśli również kontakty ewangelizacyjne – oczywiście w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Na pewno w ten czy inny sposób świat dowie się więcej o sytuacji Kościoła w Chinach.

W czasie pobytu w Hongkongu udawałem się bardzo często z misją ewangelizacyjną do „Kraju Środka”, jak określają swoją ojczyznę Chińczycy. Bywałem w sanktuarium maryjnym w Sze-Szan w Szanghaju. Jako Polak z kraju komunistycznego nie musiałem wtedy płacić za wizę, przewoziłem wiele dewocjonaliów. Niejeden raz mogłem się przekonać o tym, jak bardzo Chińczycy pragnęli otwarcia na świat i na Ewangelię. Ważną rzeczą będzie już to, że zobaczą tak wielu ludzi, którzy są do nich pokojowo nastawieni, że pragną poznać ich kraj, kulturę historię i współczesną atmosferę. Czy jedną z dróg do zmiany myślenia nie może być właśnie sport? Sportowa rywalizacja zbliża i łączy narody, wprowadza pokój. Rok olimpiady był w starożytności zawsze ogłaszany rokiem pokoju. Trzeba się modlić o to, aby był również pomyślny dla sprawy Chrystusa, gdyż to właśnie On niesie prawdziwy pokój. Przyczynią się do tego również cierpienia i prześladowania tak wielu chrześcijan. Trzeba ufać, że „Plac Niebiańskiego Spokoju” odzyska znowu swą godność. Mocno ufam, że przyczynią się do tego również Igrzyska Olimpijskie 2008 r.
Mularczyk Marek OMI

Jesteśmy wstrząśnięci

Garouagaro, 27.06.2001
Choć upłynął już miesiąc od tragicznej śmierci o. Henryka Dejneki, wciąż jesteśmy wstrząśnięci tym wydarzeniem i trudno nam o nim zapomnieć, a może właśnie przede wszystkim mnie samemu. Byłem ostatnim oblatem, który rozmawiał z zamordowanym tego tragicznego dnia. Odwoziłem naszego brata Bernarda Gaudin z Garoua do Ngaundere. Miał jechać autobusem, ale ze względu na jego podeszły wiek postanowiłem go odwieźć samochodem. Po drodze zatrzymaliśmy się w misji o. Henryka Dejneki w Karna. Była godz. 11.00. Miałem wracać tego samego dnia po południu, a o. Henryk nalegał, abym znowu wstąpił, chciał na mnie czekać. Zatrzymał mnie jednak biskup w Ngaundere i powrót był dopiero możliwy następnego dnia. W nocy nie mogłem spać, a w drodze byłem coraz bardziej niespokojny. Dojeżdżając do Karna zrozumiałem, że musiało stać się coś poważnego. Ludzie siedzieli grupami w skupieniu, byli żandarmi. Kiedy wysiadłem z samochodu, podeszła do mnie siostra zakonna z Karna i zapytała mnie, czy już wiem. Niczego nie wiedziałem. Stało się to poprzedniego dnia (17 maja) ok. godz.21.00. Na werandzie domu zobaczyłem o. Henryka siedzącego w fotelu, a na podłodze pełno krwi. Dostał kulą w plecy w czasie gdy był pochylony nad listem przy lampie naftowej. Żandarmi pokazali mi naboje ołowiane miejscowej produkcji, które przeszyły jego ciało. Było ich siedem, a oni szukali nadal. Okazało się później, że strzał padł z odległości dwóch, najwyżej trzech metrów, z broni jakiej się używa na polowanie na grubą zwierzynę. Stałem długo w zamyśleniu.

Sprawę przejęła policja. O. Henryk został pochowany w Ngaundere na oblackim cmentarzu. Byli obecni wszyscy czterej biskupi z prowincji kościelnej Garoua: Arcybiskup Garoua Antoni Ntalou, biskup Yagoua Emmanuel Bushu, biskup Maroua-Mokolo Filip Stevens i biskup Ngaundere Józef Djida. Były obecne władze cywilne: gubernator, prefekt i inne osobistości, bardzo wielu kapłanów i sióstr zakonnych, a zwłaszcza wiernych z tych miejscowości, gdzie o. Henryk pracował. Katedra nie mogła pomieścić wszystkich. Był przecież kochany przez wszystkich. Każdy pytał: dlaczego On?

Jak wspomniałem, sami jesteśmy najbardziej wstrząśnięci tym co się stało. Był przecież z nami przez 26 lat: zrównoważony, spokojny w dobrych i trudnych godzinach, oddany bez reszty dobry misjonarz, dobry współbrat.

Na razie prowadzone jest intensywne śledztwo i nie wiadomo, kiedy będzie zakończone. Polski Konsul ze stolicy Jaunde jest zainteresowany sprawą i domaga się wyników śledztwa. Misja Karna pozostała bez kapłana. Modlimy się i prosimy Was wszystkich o modlitwę za śp. o. Henryka, jeszcze jednego męczennika Kościoła w Kamerunie. Ufamy, że jego krew stanie się nasieniem nowych chrześcijan. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
Leszczyński Józef OMI
NB. O tym wydarzeniu pisaliśmy w poprzednim numerze Misyjnych Dróg. (MD)

Idźcie więc i nauczajcie

Espungabera, 08.06.2001
„Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19) – w jakiś szczególny sposób myślę o tym wezwaniu Chrystusa tutaj w Espungabera, w Mozambiku, niedaleko granicy z Zimbabwe. Ewangelizacja stała się tu faktem wiele dziesiątek lat temu. Misjonarze dokonali wiele, ale potem nadeszły czasy nowego ustroju politycznego i walk wyzwoleńczych i znowu dużo się zmieniło. Mandat misyjny Chrystusa jest wciąż aktualny, na nowo aktualny. Dziewięć lat temu miejscowy biskup skierował do Sióstr Misjonarek Afryki ponowne wezwanie, aby przybyły tutaj do opuszczonej ludności.

Czym się tu zajmujemy? Trzeba było najpierw pilnie uczyć się języka portugalskiego, potem miejscowego – chindau. Należy on do grupy języków bantu. Jak wszędzie, tworzymy wspólnoty międzynarodowe. Staramy się o bliski kontakt z ludźmi, a przede wszystkim chcemy służyć pomocą i chrześcijańskim świadectwem. Pochodząca z Francji siostra Odile Striby z zawodu jest lekarzem i pracuje w miejscowym szpitalu. Pracy ma bardzo dużo, kraj zubożał, chorych ciągle przybywa. Oprócz dyżurów w szpitalu znajduje czas na prewencyjną opiekę zdrowotną. Odwiedza chorych w ich domach. Wiele czasu i energii wkłada w zbieranie wiedzy na temat różnych ziół, które rosną w tym regionie i są używane do leczenia. Lekarstw nie ma. Wiele z nich jest niewłaściwie stosowanych.

Pochodząca z Ugandy siostra Revocata Kabahuma jest przełożoną tutejszej wspólnoty i prowadzi przedszkole. Jest bardzo lubiana nie tylko przez dzieci, które ją wprost uwielbiają, ale również przez ich rodziców, którzy ją bardzo cenią.

Siostra Maria Carmen pochodzi z Hiszpanii. W Mozambiku przebywa dopiero od kilku miesięcy. Uczy się pilnie języka chindau, ale już pomaga gdzie może– bo potrzeb jest dużo.

Ksiądz biskup i miejscowi wierni proszą o nowe siostry. Potrzeba misjonarzy. Dzisiaj w niedzielę nie było Mszy św., dlatego że nie było kapłana. Wierni zgromadzili się w kościele na liturgii słowa. Jakże pragnęli uczestniczyć we Mszy św.! A zatem aktualny jest nakaz misyjny Chrystusa „idźcie więc i nauczajcie” – zwłaszcza tu, w Mozambiku.

Życząc odwagi młodzieży w podejmowaniu decyzji o zawierzeniu Bogu, pozdrawiam całą Redakcję oraz wszystkich Czytelników „Misyjnych Dróg”.
Bachalska Cecylia MA, siostra
Adres kontaktowy:
Siostry Misjonarki Afryki
ul. Chodkiewicza 9
20-813 Lublin

Powstaje nowa wspólnota katolicka

Toamasina, 05.06.2001
Od mojego ostatniego listu upłynęło już sporo czasu. Pisałem wtedy o swojej specyficznej misji zakładania „plantacji”, aby nasi Malgasze mieli z czego żyć. Kontynuuję tę pracę. Dzięki zaangażowaniu prenowicjuszy i miejscowej młodzieży gąszcz tropikalnej roślinności nas jeszcze nie pokonał. Z tygodnia na tydzień nasza plantacja nabiera coraz piękniejszego wyglądu. Cieszymy się pierwszymi owocami. Najbardziej obrodziły banany. Zebraliśmy kilka ton, nie tylko tych najbardziej znanych w Europie, ale również czerwonych i takich malutkich – „rondzali” o smaku poziomkowym, a także te olbrzymie, nadające się tylko do gotowania. Również drzewka kawowe zaczynają sypać pierwszymi ziarenkami. Teraz zakładamy plantację zielonego pieprzu. Owoców doczekamy się jednak nie prędzej jak za dwa lata. Roślina pieprzu przypomina trochę fasolę pnącą się po tyczce. Po kilkakrotnym przycinaniu na wysokości dwóch metrów tworzy koronę i tam pojawiają się ziarenka pieprzu podobne do naszych porzeczek. Nieźle obrodził również ryż oraz wanilia. To cenna pomoc dla misji.

Tak jak ostatnio wspomniałem, najbardziej jednak cieszy mnie to, że wokoło nas tworzy się młoda wspólnota katolicka. Ludzie mieszkający w okolicy i pracujący u nas poprosili mnie, abym się razem z nimi modlił. Zaproponowałem im wtedy, aby postawili choć skromną chatę, która by mogła nam służyć za kaplicę, bo u nas pada czasem nawet kilka razy dziennie. Po niecałych dwóch tygodniach kaplica była gotowa i tak w każdy niedzielny poranek ludzie przychodzą na liturgię słowa, modlimy się razem i śpiewamy – a do tego nie trzeba ich namawiać. Większość z nich nie jest jeszcze ochrzczona. Zaledwie kilku było u Pierwszej Komunii św.

Dużym problemem na Madagaskarze jest napływ przeróżnych sekt. Z tego właśnie powodu nasi ludzie bardzo prosili, aby im ukazać prawdziwą Chrystusową naukę i wyjaśnić Pismo św., gdyż każdy ze sekciarzy głosi co innego. Trzeba podziwiać odczucia tych ludzi. Staram się jak mogę pomagać im: dzielimy się słowem Bożym, a przede wszystkim się wspólnie modlimy, bo wiara jest łaską daną nam przez Boga. Czuję, że dobrze to rozumieją. I tak mówiąc wspólnie różaniec św. i koronkę do Bożego Miłosierdzia przygotowujemy fundament pod przyszłą wspólnotę katolicką. W tej posłudze pomagają mi dzielnie nasi prenowicjusze oraz bracia, a od czasu do czasu przybywa też ktoś z ojców misjonarzy. Mamy nadzieję, że niedługo zdołamy przygotować pierwszych katechumenów do przyjęcia sakramentu chrztu św. Pomódlcie się również w intencji naszej nowej wspólnoty. Bardzo cieszę się z tego, że mogę również uczestniczyć w prawdziwej Bożej plantacji Kościoła tu na Madagaskarze; nie tylko tej, z której już zbieramy owoce. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za modlitwy.
Kloch Daniel OMI, brat

Gorączka szafirów

Fianarantsoa, 02.02.2001
Jeszcze podczas pobytu w seminarium ciekawiła mnie praca oblatów w Jukonie podczas panującej tam wtedy „gorączki złota” pod koniec XIX w. Zapewne wiele scen z ówczesnych wydarzeń znanych jest z filmów, ale film nigdy nie jest w stanie odtworzyć całego realizmu i grozy takiej sytuacji. Podobnie jak kiedyś w Jukonie, tak teraz – od dwóch lat – w południowo-zachodniej części Madagaskaru zapanowała istna „gorączka szafirów”. Wszystko to dzieje się w rejonie Isalo, wielkim masywie wapiennym, trochę przypominającym krajobraz księżycowy, w regionie grupy etnicznej Bara, na południowym zachodzie Madagaskaru. Z powodu wyjątkowego klimatu i roślinności region ten już od dawna przyciągał zarówno wielu turystów, jak i naukowców, ale w ostatnim czasie zjawia się tu szczególnie wielu poszukiwaczy szafirów.

Czym jest sam szafir? Jest to przezroczysty, szlachetny kamień koloru niebieskawego lub niekiedy czerwonawego, bardzo ceniony. Miejscowi ludzie nazywają go często „ilay mangamanga”, tzn. „niebieski”. Jeśli chodzi o cenę, to zależy oczywiście od wielkości i jakości, a zwłaszcza przejrzystości.

W okolicy Ilakaka, przy drodze prowadzącej z Ihosy do Tulearu, w ciągu zaledwie dwóch lat wyrosło nagle w promieniu kilkudziesięciu kilometrów około dziesięciu osiedli liczących w sumie ok. 250-300 tys. „mieszkańców”. Samo Ilakaka liczyło wcześniej ok. 1000 mieszkańców żyjących z uprawy ryżu i hodowli bydła. Dziś dokładnej liczby nikt nie zna. W jednym z takich miejsc, gdzie trzy lata temu stało siedem domków, nagle na sawannie powstała ok. 25-tysięczna osada. Trudno mówić o mieście, bo brakuje w niej wielu instytucji potrzebnych do normalnego funkcjonowania, takich jak szkoły czy szpitale.

Stale przyjeżdża tu wielu ludzi z rożnych części Madagaskaru, a także spoza wyspy, łudząc się, że szybko uda się im wzbogacić. Wprawdzie, mówi się, że tygodniowy obrót pieniędzy wynosi ok. 3 miliardów franków malgaskich, czyli ok. 3 milionów franków francuskich, ale pieniądze te nie dzielą się równomiernie. Rzeczywiście bywają tacy, którzy wyjeżdżają stamtąd w pięknych samochodach, ale wielu jest też wywożonych w trumnach. Panuje „prawo dżungli”. Państwo zaczyna próbować coś organizować, ale to wszystko niewiele.

Cała okolica wygląda jak jedno wielkie kretowisko. Trzeba uważać, aby nie wpaść do jakiejś dziury. Bywają dziury o średnicy około metra, ale są też wielkie wykopaliska, gdzie schodzi się do pokładu szafirów metodą „odkrywkową”. Dziury te mają głębokość ok. dwudziestu, dwudziestu pięciu, a nawet trzydziestu metrów. Zwłaszcza te małe stanowią wielkie niebezpieczeństwo. Wielu ludzi zginęło w nich zasypanych żywcem. Dziury takie można spotkać wszędzie, kopane są nawet pod „domkami” służącymi za miejsce schronienia.

Te tak zwane „domki” to też rzeczywistość, o której warto wspomnieć. Niektóre z nich nie mają nawet metra wysokości. Niekiedy jest to chatka wielkości budy dla psa, może tylko nieco dłuższa, tak aby się można było w niej położyć. W czasie deszczu liściasty dach chroni nieco przed wodą. Niektórzy mają jednak prowizoryczne domki zbite z desek. Jedynie niewielu stać na wynajęcie lub zbudowanie sobie w miarę dobrych mieszkań.

Ci, którzy nie mogą schodzić pod ziemię, na przykład kobiety lub dzieci, przeszukują już raz przebraną ziemię i niekiedy znajdują w niej jeszcze wartościowy kruszec. Inni, widząc wielki ruch ludzi, rozwijają na miejscu handel, transport, czy nawet „domy kultury”, gdzie można obejrzeć jakieś przedstawienie lub różnej wartości filmy. Ponieważ nie ma tam zbyt wielu możliwości rekreacji, szczęśliwcy, którzy coś znaleźli, wydają na te cele sporą cześć swego dorobku.

Najwięcej jednak zarabiają nie ci, którzy najciężej pracują w ziemi, wynosząc piasek i płucząc go. Dobrze rozwinął się już cały system skupu i handlu znalezionym kruszcem. Musi się to opłacać, bo widać wielu skupujących go, pochodzących z rożnych krajów Azji i Europy.

Sytuacja taka powoduje nie tylko wielkie problemy społeczne, ale i duszpasterskie. Nierzadko zdarzają się sytuacje, że wielu chrześcijan, nawet katechetów, zwłaszcza z najbliższej okolicy, opuszcza swe rodzinne miejsca, pozostawiając wspólnoty bez opieki.

Z drugiej strony wśród szukających nie brakuje wielu zaangażowanych chrześcijan, którzy pomagają organizować życie modlitwy w swych nowych miejscach pracy. Powstają wprost cale komitety parafialne. W niektórych z tych osad istnieją prowizoryczne kościoły lub też „ruchome kaplice”, gdzie przyjeżdża ksiądz. Wielu chrześcijan spotyka się w nich na modlitwę w niedziele i święta. Niektórych z nich ta skrajna sytuacja przyprowadziła na nowo do wiary. Spowiedzi przed niedzielną Mszą św. nierzadko trwają nawet po dwie godziny. Inny pozytywny znak to fakt, że zachowywany jest świąteczny charakter niedzieli. W tym dniu zasadniczo się nie pracuje.

Osobnym wielkim problemem duszpasterskim stają się rozbite rodziny. Często ojciec, nie chcąc narażać żony i dzieci na niebezpieczeństwa i niewygody takiego życia, sam udaje się do pracy. Rodzina zostaje w domu, niekiedy daleko. W takiej sytuacji rodzi się problem „szafirowych kobiet”.

„Gorączka szafirów”, podobnie jak ta znana z historii „gorączka złota”, nie jest więc żadnym rajem i tylko nielicznym udaje się jakoś na niej dorobić. Przeważnie nie są jednak nimi ci, którzy ryzykują najwięcej, ale ci, którzy potrafią całą tę sytuację wygodnie wykorzystać. Również taki jest Madagaskar.

Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
Kluj Wojciech OMI


 
Copyright 2005-2009 ©
Misyjne Drogi