Listy misjonarzy
Wkrótce tam powrócę
Brańszczyk, 22.05.1999
Pragnę podzielić się z Czytelnikami „Misyjnych Dróg” odcinkiem mojej misyjnej drogi, patrząc na nią z perspektywy minionych lat. Pracowałam poza granicami Polski dwadzieścia lat. Najpierw cisną mi się na usta słowa wdzięczności Bogu za moc łask i przeogromne bogactwo doświadczeń. Przez ostatnie dwa lata natomiast byłam pielęgniarką na pełnym etacie w Domu Pomocy Społecznej w Brańszczyku, w Polsce. Był to konieczny przystanek, by spojrzeć z innej strony świata na moją pracę misyjną oraz naszej wspólnoty Sióstr Pasjonistek oraz innych misjonarzy i misjonarek, z którymi pracowałam przez ostatnie jedenaście lat w Kamerunie. Przez te dwa lata, mimo moich obowiązków, odwiedziłam prawie trzydzieści parafii i czterdzieści szkół, by dać świadectwo o pracy misyjnej i prosić gorąco o wsparcie misji modlitwą, ofiarą cierpienia, a także ofiarą materialną. Odwiedzając parafie i szkoły zakładałam ogniska Papieskiego Dzieła Misyjnego dzieci i dorosłych. Przekazuję tutaj słowa podziękowania wszystkim księżom proboszczom, którzy pozwolili mi na animację misyjną w parafiach. Dali oni świadectwo zainteresowaniu dziełem misji i swemu zaangażowaniu. Za to wszystko składam w imieniu naszych wspólnot misyjnych w Kamerunie serdeczne Bóg zapłać.
Życie tych wspólnot przedstawiają nieco zdjęcia, które wysyłam do Redakcji. Widać na nich m. in. jedną z wielu dróg misyjnych i most przez rzekę w Bertoua, który ma ok. 500 m długości i jest jedyną drogą do wiosek z drugiej strony rzeki. Miasto Bertoua jest największym miastem w Kamerunie wschodnim. Przez ten most przechodziłam bardzo często, by nieść pomoc medyczną mieszkańcom z drugiej strony rzeki. Polegała ona między innymi na masowych szczepieniach, zakładaniu opatrunków na rany, kursach dokształcających dla ludzi itp. Łączyło się to także ze wspólną modlitwą, często z wyznawcami innych religii. Dzisiaj most ten znajduje się w bardzo opłakanym stanie, jak większość dróg w tej części kraju. Jednak misjonarze przemierzają je. Za kilka tygodni dołączę do nich znowu, obejmując placówkę misyjną w Ndelele w diecezji Bertoua. Bardzo proszę o modlitwę w intencji tej misji i mojej pracy. Wdzięczna za każde dobro Bogu i Przyjaciołom Misji.
Życie tych wspólnot przedstawiają nieco zdjęcia, które wysyłam do Redakcji. Widać na nich m. in. jedną z wielu dróg misyjnych i most przez rzekę w Bertoua, który ma ok. 500 m długości i jest jedyną drogą do wiosek z drugiej strony rzeki. Miasto Bertoua jest największym miastem w Kamerunie wschodnim. Przez ten most przechodziłam bardzo często, by nieść pomoc medyczną mieszkańcom z drugiej strony rzeki. Polegała ona między innymi na masowych szczepieniach, zakładaniu opatrunków na rany, kursach dokształcających dla ludzi itp. Łączyło się to także ze wspólną modlitwą, często z wyznawcami innych religii. Dzisiaj most ten znajduje się w bardzo opłakanym stanie, jak większość dróg w tej części kraju. Jednak misjonarze przemierzają je. Za kilka tygodni dołączę do nich znowu, obejmując placówkę misyjną w Ndelele w diecezji Bertoua. Bardzo proszę o modlitwę w intencji tej misji i mojej pracy. Wdzięczna za każde dobro Bogu i Przyjaciołom Misji.
Grudzińska Teodora, siostra pasjonistka
Siostry Pasjonistki
ul. Husarii 55/57
02-951 Warszawa
ul. Husarii 55/57
02-951 Warszawa
Pierwsze wrażenia z Afryki
Msola, 25.04.1999
Drodzy Czytelnicy „Misyjnych Dróg”! Pozdrawiam Was wszystkich z Tanzanii, z diecezji Arusha. Ponieważ od kilku lat „Misyjne Drogi” są moją ulubioną lekturą, dlatego też zdecydowałam się podzielić z Wami także moim doświadczeniem pracy misyjnej w Afryce.
Do Tanzanii przyjechałam w sierpniu 1998 r., po ukończeniu dwuletniego przygotowania we wspólnocie Sióstr Misjonarek NMP Królowej Afryki w Lublinie. Tutaj, w Msola, mieszkam we wspólnocie międzynarodowej. Tworzy ją szesnaście sióstr z czterech kontynentów: Ameryki, Europy, Azji i Afryki. Dzięki tej różnorodności mogę się wiele nauczyć, poznać inne kultury i zwyczaje. Życie codzienne dostarcza nam bowiem wielu okazji do poznania, wyrozumiałości, wymiany poglądów i wyjaśnień. Każda z nas wnosi coś ze swojej kultury, przede wszystkim wnosi siebie.
Siostry Columba i Margaret, pochodzące z Tanzanii, pomagają mi w nauce języka swahili, a także przybliżają miejscowe tradycje oraz zapoznają z historią i ludźmi. Na co dzień, we wspólnocie, rozmawiamy po angielsku. Z mieszkańcami Msola zaś w swahili, który jest językiem urzędowym. W codziennym porozumiewaniu się najważniejsze jednak okazują się często gesty i uśmiech.
Od samego początku Tanzania zauroczyła mnie piękną przyrodą i łagodnym klimatem. Mieszkamy bowiem dość wysoko i wokół mamy dużo zieleni, góry oraz wiele strumieni. Nie ma tu wiele węży, za to mnóstwo ptaków, które wyśpiewują całymi dniami na cześć Stwórcy.
Mieszkańcy Msola są bardzo przyjaźni i gościnni. Przyjmują nas zawsze z uśmiechem i otwartością, dzieląc się tym, co mają, chociaż czasem jest tego niewiele. Pozostaję także pod wrażeniem prostoty i radości tutejszych chorych chrześcijan, którzy z wielkim namaszczeniem przyjmują Jezusa w Komunii św. Te spotkania z Bogiem w drugim człowieku uczą mnie, jak się cieszyć nawet w trudnych chwilach, jak być otwartą na drugiego człowieka i jak się dzielić nawet najdrobniejszą rzeczą z innymi. Przesyłam wszystkim gorące, afrykańskie pozdrowienia i dołączam do nich moją modlitwę.
Do Tanzanii przyjechałam w sierpniu 1998 r., po ukończeniu dwuletniego przygotowania we wspólnocie Sióstr Misjonarek NMP Królowej Afryki w Lublinie. Tutaj, w Msola, mieszkam we wspólnocie międzynarodowej. Tworzy ją szesnaście sióstr z czterech kontynentów: Ameryki, Europy, Azji i Afryki. Dzięki tej różnorodności mogę się wiele nauczyć, poznać inne kultury i zwyczaje. Życie codzienne dostarcza nam bowiem wielu okazji do poznania, wyrozumiałości, wymiany poglądów i wyjaśnień. Każda z nas wnosi coś ze swojej kultury, przede wszystkim wnosi siebie.
Siostry Columba i Margaret, pochodzące z Tanzanii, pomagają mi w nauce języka swahili, a także przybliżają miejscowe tradycje oraz zapoznają z historią i ludźmi. Na co dzień, we wspólnocie, rozmawiamy po angielsku. Z mieszkańcami Msola zaś w swahili, który jest językiem urzędowym. W codziennym porozumiewaniu się najważniejsze jednak okazują się często gesty i uśmiech.
Od samego początku Tanzania zauroczyła mnie piękną przyrodą i łagodnym klimatem. Mieszkamy bowiem dość wysoko i wokół mamy dużo zieleni, góry oraz wiele strumieni. Nie ma tu wiele węży, za to mnóstwo ptaków, które wyśpiewują całymi dniami na cześć Stwórcy.
Mieszkańcy Msola są bardzo przyjaźni i gościnni. Przyjmują nas zawsze z uśmiechem i otwartością, dzieląc się tym, co mają, chociaż czasem jest tego niewiele. Pozostaję także pod wrażeniem prostoty i radości tutejszych chorych chrześcijan, którzy z wielkim namaszczeniem przyjmują Jezusa w Komunii św. Te spotkania z Bogiem w drugim człowieku uczą mnie, jak się cieszyć nawet w trudnych chwilach, jak być otwartą na drugiego człowieka i jak się dzielić nawet najdrobniejszą rzeczą z innymi. Przesyłam wszystkim gorące, afrykańskie pozdrowienia i dołączam do nich moją modlitwę.
Natanek Celina MA, siostra
Alleluja! Jezus żyje!
Winnipeg, 24.04.1999
Kilka dni temu miałem niecodzienny pogrzeb. Na raka zmarł 67-letni Indianin, Dan Potts. Poznałem go w sierpniu ubiegłego roku, podczas pogrzebu jego kuzyna. Dan od lat chorował na raka gardła. Niewiele wiedziałem o jego wcześniejszym życiu. Dopiero, gdy zmarł, dowiedziałem się od ludzi, że był sierotą, wychowywanym jakiś czas przez siostry zakonne. W sierocińcu chodził też do szkoły. Po wyjściu ze szkoły zaczął pić i miał szczególne upodobanie do bójki na noże. Raz spotkał kogoś lepszego od siebie i został mocno zraniony nożem. Zapadł w śmierć kliniczną. Gdy powrócił do życia, był całkowicie odmienionym człowiekiem i takim pozostał do końca życia. Przestał pić i awanturować się. Często bywał w kościele i odmawiał różaniec. Upominał też innych i pomagał zagubionym odnaleźć drogę do Boga i dobrego życia. Walczył o prawa Indian, ale bez nienawiści do nikogo.
Co spowodowało tak wielką zmianę w jego życiu? Niechętnie mówił, co widział po drugiej stronie życia, gdy znajdował się w stanie śmierci klinicznej. Tylko czasem zdradzał szczątki swojej tajemnicy. Mówił, że tam, gdzie był, to nie był niebo. W ciemnościach słyszał jęki i przekleństwa ludzkie. Widział też inne, przerażające sceny. Jakaś jasność czy jasna postać, która przybliżyła się do niego, dała mu poznać, że gdyby teraz umarł, to byłoby jego miejsce na wieki. Otrzymał jednak szansę. Tyle dowiedziałem się o moim bohaterze trzy dni po jego pogrzebie.
Tydzień przed śmiercią Dan poprosił mnie, bym odwiedził go w szpitalu. W sali szpitalnej zastałem umierającego człowieka. Był sam Ucieszył się wyraźnie z mojego przybycia. Mówił z wielkim trudem, gdyż miał sztuczną krtań. Posiłki przyjmował tylko tubą w boku i kroplówkami. Udzieliłem rozgrzeszenia jak przy konających, namaściłem olejami świętymi i udzieliłem Komunii św. Mógł przyjąć tylko maleńki kawałeczek na język. Po komunii zauważyłem, że jakby zapadł w głęboki sen, myślałem, że nawet stracił przytomność. Gdy po dłuższej chwili dotknąłem jego ramienia, ocknął się jakby wrócił z bardzo daleka. Spojrzał na mnie oczyma pełnymi pokoju i niecodziennego światła. Po końcowym błogosławieństwie zapytał mnie, czy może mi coś powiedzieć. Zgodziłem się czując wewnętrznie, że wydarzyło się coś niecodziennego. Zaniemówiłem, gdy usłyszałem, co powiedział.
Dan mówił z trudem. Zatrzymywał się po każdym wyrazie, aby chwycić oddech przez sztuczną krtań, palcem zatykając otwór wlotu powietrza. „Ojcze, przed chwilą było was dwóch. Dwóch, jeden obok drugiego” – pokazał na palcach. „Gdy miałeś mi podać Komunię św. obok ciebie widziałem Pana Jezusa ubranego na biało. Nic nie mówił, tylko patrzył z uśmiechem na mnie. To trwało może tylko cztery sekundy. Ojcze, to był Jezus i On był tak prawdziwy, jak ty. Ty przyszedłeś do mnie z Jezusem i ja Go widziałem. Oh, jak ja dobrze się teraz czuję na sercu. Ja zawsze wierzyłem w Jezusa, modliłem się do Niego. Od wielu lat codziennie odmawiałem cały różaniec. Ostatnio w szpitalu odmawiałem wiele różańców, za siebie, za rodzinę i za naszych ludzi (Indian). Ludzi, żeby uwierzyli. I za ciebie będę się modlił. Ojcze, Pan Jezus nas wszystkich kocha. On kocha też naszych ludzi, kocha nawet tych, co w Niego nie wierzą. Ja nigdy nie prosiłem Boga o taką wizję. On do mnie przyszedł przed śmiercią. Powiedz o tym naszym ludziom. Niektórzy nie uwierzą ci, ale to nic. Powiedz im, że Jezus Chrystus jest Prawdziwy, jest Żywy i kocha wszystkich”. Nie umiałem znaleźć odpowiednich słów. Wierzyłem we wszystko, co mi powiedział.
Kilka dni później zmarł o 5 wieczorem, gdy zaczynałem Mszę św. i prosiłem ludzi o modlitwę za niego. Gdy go zobaczyłem w otwartej trumnie, podczas modlitw w dzień pogrzebu, wiedziałem, że wizja, o której mi opowiadał, była prawdziwa. Jasność promieniowała z jego twarzy. Znikły wszystkie zmarszczki i bruzdy, znaki wielu walk życiowych. Podczas pogrzebu opowiedziałem ludziom o tym. Nikt nie drgnął, gdy mówiłem. Zwykle jest spory ruch przy drzwiach. Po Mszy św., gdy czekałem aż skończą swoje tradycyjne ceremonie i śpiewy przy rytmie bębnów, wielu ludzi podeszło do mnie, aby uścisnąć moją dłoń i powiedzieć „eshneech” czyli „dziękuję”.
Bóg znowu się do nas uśmiechnął. Jezus nieustannie pokazuje nam, niemal na każdym kroku, że jest pośród nas Żywy, Kochający, Miłosierny, czegoż potrzeba nam więcej. Z modlitewnym pozdrowieniem.
Co spowodowało tak wielką zmianę w jego życiu? Niechętnie mówił, co widział po drugiej stronie życia, gdy znajdował się w stanie śmierci klinicznej. Tylko czasem zdradzał szczątki swojej tajemnicy. Mówił, że tam, gdzie był, to nie był niebo. W ciemnościach słyszał jęki i przekleństwa ludzkie. Widział też inne, przerażające sceny. Jakaś jasność czy jasna postać, która przybliżyła się do niego, dała mu poznać, że gdyby teraz umarł, to byłoby jego miejsce na wieki. Otrzymał jednak szansę. Tyle dowiedziałem się o moim bohaterze trzy dni po jego pogrzebie.
Tydzień przed śmiercią Dan poprosił mnie, bym odwiedził go w szpitalu. W sali szpitalnej zastałem umierającego człowieka. Był sam Ucieszył się wyraźnie z mojego przybycia. Mówił z wielkim trudem, gdyż miał sztuczną krtań. Posiłki przyjmował tylko tubą w boku i kroplówkami. Udzieliłem rozgrzeszenia jak przy konających, namaściłem olejami świętymi i udzieliłem Komunii św. Mógł przyjąć tylko maleńki kawałeczek na język. Po komunii zauważyłem, że jakby zapadł w głęboki sen, myślałem, że nawet stracił przytomność. Gdy po dłuższej chwili dotknąłem jego ramienia, ocknął się jakby wrócił z bardzo daleka. Spojrzał na mnie oczyma pełnymi pokoju i niecodziennego światła. Po końcowym błogosławieństwie zapytał mnie, czy może mi coś powiedzieć. Zgodziłem się czując wewnętrznie, że wydarzyło się coś niecodziennego. Zaniemówiłem, gdy usłyszałem, co powiedział.
Dan mówił z trudem. Zatrzymywał się po każdym wyrazie, aby chwycić oddech przez sztuczną krtań, palcem zatykając otwór wlotu powietrza. „Ojcze, przed chwilą było was dwóch. Dwóch, jeden obok drugiego” – pokazał na palcach. „Gdy miałeś mi podać Komunię św. obok ciebie widziałem Pana Jezusa ubranego na biało. Nic nie mówił, tylko patrzył z uśmiechem na mnie. To trwało może tylko cztery sekundy. Ojcze, to był Jezus i On był tak prawdziwy, jak ty. Ty przyszedłeś do mnie z Jezusem i ja Go widziałem. Oh, jak ja dobrze się teraz czuję na sercu. Ja zawsze wierzyłem w Jezusa, modliłem się do Niego. Od wielu lat codziennie odmawiałem cały różaniec. Ostatnio w szpitalu odmawiałem wiele różańców, za siebie, za rodzinę i za naszych ludzi (Indian). Ludzi, żeby uwierzyli. I za ciebie będę się modlił. Ojcze, Pan Jezus nas wszystkich kocha. On kocha też naszych ludzi, kocha nawet tych, co w Niego nie wierzą. Ja nigdy nie prosiłem Boga o taką wizję. On do mnie przyszedł przed śmiercią. Powiedz o tym naszym ludziom. Niektórzy nie uwierzą ci, ale to nic. Powiedz im, że Jezus Chrystus jest Prawdziwy, jest Żywy i kocha wszystkich”. Nie umiałem znaleźć odpowiednich słów. Wierzyłem we wszystko, co mi powiedział.
Kilka dni później zmarł o 5 wieczorem, gdy zaczynałem Mszę św. i prosiłem ludzi o modlitwę za niego. Gdy go zobaczyłem w otwartej trumnie, podczas modlitw w dzień pogrzebu, wiedziałem, że wizja, o której mi opowiadał, była prawdziwa. Jasność promieniowała z jego twarzy. Znikły wszystkie zmarszczki i bruzdy, znaki wielu walk życiowych. Podczas pogrzebu opowiedziałem ludziom o tym. Nikt nie drgnął, gdy mówiłem. Zwykle jest spory ruch przy drzwiach. Po Mszy św., gdy czekałem aż skończą swoje tradycyjne ceremonie i śpiewy przy rytmie bębnów, wielu ludzi podeszło do mnie, aby uścisnąć moją dłoń i powiedzieć „eshneech” czyli „dziękuję”.
Bóg znowu się do nas uśmiechnął. Jezus nieustannie pokazuje nam, niemal na każdym kroku, że jest pośród nas Żywy, Kochający, Miłosierny, czegoż potrzeba nam więcej. Z modlitewnym pozdrowieniem.
Nazaruk Wiesław OMI
Dotarliśmy na Krym
Eupatoria, 15.04.1999
Przedwczoraj poświęciliśmy kaplicę w naszej nowej placówce na Krymie. Już od dłuższego czasu ordynariusz diecezji kamieniecko-podolskiej, bp Jan Olszański prosł nas o otworzenie placówki właśnie tutaj, w Eupatorii na Krymie. Istnieją już na Krymie parafie w Jałcie, Symferopolu, Sewastopolu i Kerczu. Od dwóch lat dojrzewał projekt przywrócenia do życia parafii w Eupatorii, która przestała istnieć w 1923 r., po zburzeniu kościoła przez reżim komunistyczny.
Początki Eupatorii sięgają VI w. przed Chr. kiedy istniała tu kolonia grecka. Obecna nazwa – jak wyczytałem – pochodzi od króla Pontu Mitrydatesa Eupatora, który zdobył tę miejscowość w II w. przed Chr. Przez długi czas była to osada Scytów, a w XV w. rezydencja chanów krymskich. W 1828 r. został tu zbudowany kościół katolicki.
Eupatoria, ze względu na swoje położenie nad brzegiem Morza Czarnego, jest znanym miejscem uzdrowiskowym, obecnie trochę zaniedbanym.
Dotąd Msze św. odprawialiśmy w niewielkiej grupie, jakby w konspiracji, w miejscowej bibliotece. Teraz mamy dom przy ul. Nowosiełowskiej 8, gdzie na parterze urządziliśmy kaplicę. Parafianie żywo włączyli się w to przedsięwzięcie. Podaliśmy potem stosowne komunikaty w prasie i miejscowym radio z adresem naszej kaplicy. Dzięki temu na Wielkanoc na Liturgię Paschalną przybyło 65 osób.
13 kwietnia (św. Marcina), w dzień patronalny parafii, bp Leon Dubrawski z Kamieńca Podolskiego poświęcił nam kaplicę. W uroczystości wzięli udział wszyscy księża i siostry zakonne, pracujące na Krymie. Było nas zatem sporo. Najbardziej cieszyli się wierni. Po wielu, wielu latach mają znowu swoją kaplicę i przywróconą parafię. Wielu z nich to Polacy, którzy tu przybyli z województwa winnickiego i chmielnickiego oraz z Białorusi. Na razie Msze św. odprawiamy w języku ukraińskim i rosyjskim. Wierni jednak chcą się uczyć języka polskiego.
Na koniec jeszcze słów kilka o patronie naszej parafii, św. Marcinie, papieżu-męczenniku. Zmarł na wygnaniu w 665 r. w Cherzonezie na Krymie. Przed śmiercią skierował list do przyjaciół w Rzymie, w którym pisał m. in.: „Tu tylko mówią o chlebie, ale go nie widzą. Jeżeli nam nie przyślecie pomocy z Italii, to o przeżyciu nie ma mowy"” Sądzę, że pod tym względem niewiele się zmieniło. Ludzie są biedni, ale dzielą się ze mną tym, co mają. Są wdzięczni Bogu, że znowu mają swojego kapłana.
Początki Eupatorii sięgają VI w. przed Chr. kiedy istniała tu kolonia grecka. Obecna nazwa – jak wyczytałem – pochodzi od króla Pontu Mitrydatesa Eupatora, który zdobył tę miejscowość w II w. przed Chr. Przez długi czas była to osada Scytów, a w XV w. rezydencja chanów krymskich. W 1828 r. został tu zbudowany kościół katolicki.
Eupatoria, ze względu na swoje położenie nad brzegiem Morza Czarnego, jest znanym miejscem uzdrowiskowym, obecnie trochę zaniedbanym.
Dotąd Msze św. odprawialiśmy w niewielkiej grupie, jakby w konspiracji, w miejscowej bibliotece. Teraz mamy dom przy ul. Nowosiełowskiej 8, gdzie na parterze urządziliśmy kaplicę. Parafianie żywo włączyli się w to przedsięwzięcie. Podaliśmy potem stosowne komunikaty w prasie i miejscowym radio z adresem naszej kaplicy. Dzięki temu na Wielkanoc na Liturgię Paschalną przybyło 65 osób.
13 kwietnia (św. Marcina), w dzień patronalny parafii, bp Leon Dubrawski z Kamieńca Podolskiego poświęcił nam kaplicę. W uroczystości wzięli udział wszyscy księża i siostry zakonne, pracujące na Krymie. Było nas zatem sporo. Najbardziej cieszyli się wierni. Po wielu, wielu latach mają znowu swoją kaplicę i przywróconą parafię. Wielu z nich to Polacy, którzy tu przybyli z województwa winnickiego i chmielnickiego oraz z Białorusi. Na razie Msze św. odprawiamy w języku ukraińskim i rosyjskim. Wierni jednak chcą się uczyć języka polskiego.
Na koniec jeszcze słów kilka o patronie naszej parafii, św. Marcinie, papieżu-męczenniku. Zmarł na wygnaniu w 665 r. w Cherzonezie na Krymie. Przed śmiercią skierował list do przyjaciół w Rzymie, w którym pisał m. in.: „Tu tylko mówią o chlebie, ale go nie widzą. Jeżeli nam nie przyślecie pomocy z Italii, to o przeżyciu nie ma mowy"” Sądzę, że pod tym względem niewiele się zmieniło. Ludzie są biedni, ale dzielą się ze mną tym, co mają. Są wdzięczni Bogu, że znowu mają swojego kapłana.
Pyl Jacek OMI
Młodzieżowy Tydzień Kultury
Guider, 15.04.1999
Już od czterech lat grupa młodzieży z Guider w Kamerunie organizuje Tydzień Kulturalny, w którym bierze udział młodzież z parafii oraz z okolicznych misji. Tydzień ten odbywa się od 4 do 11 kwietnia. W tym roku zatem pierwszy dzień wypadł w Święto Wielkanocy. Młodzież wraz z rodzicami i kolegami uczestniczyła zatem w Mszy św. inaugurującej także ten tydzień, celebrowanej przez o. Krzysztofa Trocińskiego, proboszcza parafii. O. Krzysztof podkreślił znaczenie zaangażowania młodzieży dla misji Kościoła powszechnego. Realizacja tej misji zależy od nawrócenia i naśladowania Chrystusa, bez którego nie ma przyszłości ani tworzenia Kościoła.
Po południu, w dniu Wielkanocy, młodzież brała udział w rozgrywkach sportowych. Był to mecz piłki nożnej i siatkówki. Miały na celu tworzenie więzów braterstwa i przyjaźni.
5 kwietnia młodzież zorganizowała bieg przełajowy po mieście. Każdy zawodnik miał do pokonania 3 kilometry. Po zakończeniu zawodów odbyła się ceremonia wręczenia nagród najlepszym zawodnikom. Jeszcze tego samego dnia mieliśmy projekcję filmu „Titanic”, która wzbudziła wiele refleksji i dyskusji. Trzeciego dnia natomiast rozpoczęliśmy szeroko zakrojone prace fizyczne, by przygotować misję na przyjęcie młodzieży z innych misji. Spodziewaliśmy się bowiem gości z Figuil, Salak, Mokolo, Tokombere, Doukoula, Pitoa, Djamboutou. Prace przeciągnęły się do następnego dnia, który zakończył się konferencją o. Grzegorza Skickiego pt. „Kim jest Bóg Ojciec?”
Następnego dnia witaliśmy naszych gości. Do wieczora wszyscy byli już zakwaterowani i oczekiwali niecierpliwie na spotkanie, które otworzyła konferencja na temat „Religia i tradycja afrykańska”, wygłoszona przez o. Krzysztofa Zielendę, duszpasterza z misji Św. Jana z Maroua i zarazem wykładowcę z wyższego seminarium duchownego. Konferencji towarzyszyły tańce Gidarów i Gizigów. Te ostatnie odbyły się przy dużym ognisku, co stworzyło niepowtarzalną atmosferę przyjaźni i braterstwa. W piątek natomiast udaliśmy się do pobliskiego, skalistego wąwozu, by tam medytować nad tekstem Ojca Świętego, skierowanym do młodzieży. Mieliśmy odpowiedzieć na szereg pytań, dyskutowanych w małych grupach. Tego samego dnia wieczorem uczestniczyliśmy w wieczorku kulturalnym, podczas którego wystawiona była m. in. sztuka teatralna kameruńskiego pisarza pt. „Dans le Petrin”.
Siódmy dzień Tygodnia Kulturalnego poświęcony był festiwalowi muzyki religijnej i liturgicznej. Od wielu lat cieszy się on wielką popularnością. W tym roku wzięło w nim udział sześć chórów.
Ostatni dzień spotkania zakończyła uroczysta Msza św., celebrowana przez ks. Gabriela Housseni. Dziękowaliśmy za łaski tego tygodnia, a naprawdę były one liczne. Goście opuszczali Guider pełni zadowolenia i satysfakcji.
Po południu, w dniu Wielkanocy, młodzież brała udział w rozgrywkach sportowych. Był to mecz piłki nożnej i siatkówki. Miały na celu tworzenie więzów braterstwa i przyjaźni.
5 kwietnia młodzież zorganizowała bieg przełajowy po mieście. Każdy zawodnik miał do pokonania 3 kilometry. Po zakończeniu zawodów odbyła się ceremonia wręczenia nagród najlepszym zawodnikom. Jeszcze tego samego dnia mieliśmy projekcję filmu „Titanic”, która wzbudziła wiele refleksji i dyskusji. Trzeciego dnia natomiast rozpoczęliśmy szeroko zakrojone prace fizyczne, by przygotować misję na przyjęcie młodzieży z innych misji. Spodziewaliśmy się bowiem gości z Figuil, Salak, Mokolo, Tokombere, Doukoula, Pitoa, Djamboutou. Prace przeciągnęły się do następnego dnia, który zakończył się konferencją o. Grzegorza Skickiego pt. „Kim jest Bóg Ojciec?”
Następnego dnia witaliśmy naszych gości. Do wieczora wszyscy byli już zakwaterowani i oczekiwali niecierpliwie na spotkanie, które otworzyła konferencja na temat „Religia i tradycja afrykańska”, wygłoszona przez o. Krzysztofa Zielendę, duszpasterza z misji Św. Jana z Maroua i zarazem wykładowcę z wyższego seminarium duchownego. Konferencji towarzyszyły tańce Gidarów i Gizigów. Te ostatnie odbyły się przy dużym ognisku, co stworzyło niepowtarzalną atmosferę przyjaźni i braterstwa. W piątek natomiast udaliśmy się do pobliskiego, skalistego wąwozu, by tam medytować nad tekstem Ojca Świętego, skierowanym do młodzieży. Mieliśmy odpowiedzieć na szereg pytań, dyskutowanych w małych grupach. Tego samego dnia wieczorem uczestniczyliśmy w wieczorku kulturalnym, podczas którego wystawiona była m. in. sztuka teatralna kameruńskiego pisarza pt. „Dans le Petrin”.
Siódmy dzień Tygodnia Kulturalnego poświęcony był festiwalowi muzyki religijnej i liturgicznej. Od wielu lat cieszy się on wielką popularnością. W tym roku wzięło w nim udział sześć chórów.
Ostatni dzień spotkania zakończyła uroczysta Msza św., celebrowana przez ks. Gabriela Housseni. Dziękowaliśmy za łaski tego tygodnia, a naprawdę były one liczne. Goście opuszczali Guider pełni zadowolenia i satysfakcji.
Młodzież z misji Guider
W misji Katondwe
Poznań, 20.03.1999
Podczas mojej praktyki pielęgniarskiej w Zambii miałam możliwość śledzenia pracy proboszcza misji w Katondwe, ks. Józefa Oleksego SJ. Opowiadał mi on wiele o swojej pracy w parafii, która rozciąga się na 100 kilometrów wzdłuż rzeki Luangwy. Wszystkie wioski leżą nad jej brzegami, dlatego mierzy się ją tylko na długość. Najdotkliwszym problemem dla duszpasterzy są odległości. Do najbliższej stacji misyjnej jest 9 kilometrów, do najdalszej 60, dlatego odwiedziny księdza są w nich rzadkie - raz na 4 tygodnie.
Przy okazji wizyt duszpasterskich w wioskach trzeba przeprowadzić naukę przed zawarciem sakramentu małżeństwa, chrztu, wyspowiadać, odprawić Eucharystię i załatwić inne sprawy. Dzieci spotykają się wówczas z księdzem na katechezie. Podczas jego nieobecności uczą je katechiści - wolontariusze. Jest ich jednak wciąż za mało, gdyż liczba osób, do których trzeba dotrzeć, wynosi ok. 15 - 20 tysięcy. Połowę stanowią katolicy. Pozostali nie znają Kościoła. Wszyscy jednak podchodzą do księży i sióstr z szacunkiem, gdyż wiedzą, że osoby zakonne, nie mające swoich rodzin, poświęciły życie dla pracy na misjach i pomagają im w różnych sprawach, w których oni sami by sobie nie poradzili.
Wśród problemów ks. Józef wymieniał m. in. charakterystyczny dla mieszkańców Zambii strach przed duchami. W Katondwe jednemu z członków rady parafialnej ktoś ukradł pieniądze. W tej sytuacji ogłosił on, że wypisuje się z Kościoła katolickiego, bo chce wynająć czarownika, aby ten przy pomocy złych duchów odnalazł złodzieja. Wkrótce poszkodowany zastał pod drzwiami swego domu kopertę z połową pieniędzy (i obietnicą zwrócenia reszty za jakiś czas) oraz z prośbą o niedonoszenie o tym czarownikowi. Kiedy do wioski przyjeżdża obcy czarownik - wielu ludzi przychodzi do niego w różnych sprawach. Gdy w sąsiedniej parafii wąż ukąsił pewną dziewczynę, która z tego powodu zmarła, jej ojciec przeświadczony o tym, że węża ktoś nasłał na jego córkę - postanowił, korzystając z usług czarownika, dowiedzieć się, kto to był. Często jest tak, że jeśli człowiek umiera, szuka się winnych tego wśród żyjących. Przypuszcza się, że ktoś życzył zmarłemu śmierci, rzucił urok. We wspomnianej powyżej sytuacji ojciec pofatygował się do czarownika aż 60 kilometrów i zapłacił mu równowartość 2 pensji kogoś, kto dobrze zarabia w mieście. Na wsi takie pieniądze trzeba gromadzić przez rok. Później w domu zmarłej zapanował głód, nie było za co kupić żywności, bo cała kukurydza została sprzedana na opłacenie dochodzenia. Czarownik prowadząc jakąś sprawę - dowiaduje się o panujących pomiędzy mieszkańcami wioski układach, docieka kto jest lubiany a kto nie, komu reszta zazdrości. Jeśli odkryje, że do którejś z osób pozostali czują niechęć – ją wskaże jako winną nieszczęścia. W przypadku dziewczyny zmarłej z powodu ukąszenia przez węża też znalazł się winowajca – człowiek, którego ojciec dziewczyny nie darzył sympatią. Aby pokarać go za nasłanie węża na córkę, zdemolował mu dom. Wiara w złe duchy i czary może mieć więc ważny wpływ na ludzkie zachowania. W okolicach Katondwe jest kilku czarowników. Ludzie uważają, że mają oni zdolność wywoływania duchów, które przez nich przemawiają oraz działania na niekorzyść innych ludzi. Ale potrafią także leczyć ziołami.
Innym problemem jest brak zainteresowania dziećmi. W najlepszej sytuacji są najmłodsze, które ciągle przebywają przy matce. Tak jest najczęściej do narodzin następnego brata czy siostry. Starsze potomstwo w dużej mierze musi się troszczyć samo o siebie. Jeśli rodzina ma pieniądze na ubranie i zeszyty - wyśle dziecko do szkoły. Jeśli nie ma takiej możliwości - musi ono pomagać w polu lub przy domu. Często łączy naukę z pracą. Nie widać więzi miłości między dziećmi a rodzicami.
Przez swoją pokorną posługę ks. Józef i jego współpracownicy starają się zaradzać temu, co złe oraz pomnażać to, co dobre.
Przy okazji wizyt duszpasterskich w wioskach trzeba przeprowadzić naukę przed zawarciem sakramentu małżeństwa, chrztu, wyspowiadać, odprawić Eucharystię i załatwić inne sprawy. Dzieci spotykają się wówczas z księdzem na katechezie. Podczas jego nieobecności uczą je katechiści - wolontariusze. Jest ich jednak wciąż za mało, gdyż liczba osób, do których trzeba dotrzeć, wynosi ok. 15 - 20 tysięcy. Połowę stanowią katolicy. Pozostali nie znają Kościoła. Wszyscy jednak podchodzą do księży i sióstr z szacunkiem, gdyż wiedzą, że osoby zakonne, nie mające swoich rodzin, poświęciły życie dla pracy na misjach i pomagają im w różnych sprawach, w których oni sami by sobie nie poradzili.
Wśród problemów ks. Józef wymieniał m. in. charakterystyczny dla mieszkańców Zambii strach przed duchami. W Katondwe jednemu z członków rady parafialnej ktoś ukradł pieniądze. W tej sytuacji ogłosił on, że wypisuje się z Kościoła katolickiego, bo chce wynająć czarownika, aby ten przy pomocy złych duchów odnalazł złodzieja. Wkrótce poszkodowany zastał pod drzwiami swego domu kopertę z połową pieniędzy (i obietnicą zwrócenia reszty za jakiś czas) oraz z prośbą o niedonoszenie o tym czarownikowi. Kiedy do wioski przyjeżdża obcy czarownik - wielu ludzi przychodzi do niego w różnych sprawach. Gdy w sąsiedniej parafii wąż ukąsił pewną dziewczynę, która z tego powodu zmarła, jej ojciec przeświadczony o tym, że węża ktoś nasłał na jego córkę - postanowił, korzystając z usług czarownika, dowiedzieć się, kto to był. Często jest tak, że jeśli człowiek umiera, szuka się winnych tego wśród żyjących. Przypuszcza się, że ktoś życzył zmarłemu śmierci, rzucił urok. We wspomnianej powyżej sytuacji ojciec pofatygował się do czarownika aż 60 kilometrów i zapłacił mu równowartość 2 pensji kogoś, kto dobrze zarabia w mieście. Na wsi takie pieniądze trzeba gromadzić przez rok. Później w domu zmarłej zapanował głód, nie było za co kupić żywności, bo cała kukurydza została sprzedana na opłacenie dochodzenia. Czarownik prowadząc jakąś sprawę - dowiaduje się o panujących pomiędzy mieszkańcami wioski układach, docieka kto jest lubiany a kto nie, komu reszta zazdrości. Jeśli odkryje, że do którejś z osób pozostali czują niechęć – ją wskaże jako winną nieszczęścia. W przypadku dziewczyny zmarłej z powodu ukąszenia przez węża też znalazł się winowajca – człowiek, którego ojciec dziewczyny nie darzył sympatią. Aby pokarać go za nasłanie węża na córkę, zdemolował mu dom. Wiara w złe duchy i czary może mieć więc ważny wpływ na ludzkie zachowania. W okolicach Katondwe jest kilku czarowników. Ludzie uważają, że mają oni zdolność wywoływania duchów, które przez nich przemawiają oraz działania na niekorzyść innych ludzi. Ale potrafią także leczyć ziołami.
Innym problemem jest brak zainteresowania dziećmi. W najlepszej sytuacji są najmłodsze, które ciągle przebywają przy matce. Tak jest najczęściej do narodzin następnego brata czy siostry. Starsze potomstwo w dużej mierze musi się troszczyć samo o siebie. Jeśli rodzina ma pieniądze na ubranie i zeszyty - wyśle dziecko do szkoły. Jeśli nie ma takiej możliwości - musi ono pomagać w polu lub przy domu. Często łączy naukę z pracą. Nie widać więzi miłości między dziećmi a rodzicami.
Przez swoją pokorną posługę ks. Józef i jego współpracownicy starają się zaradzać temu, co złe oraz pomnażać to, co dobre.
Walkowiak Anna
Brak deszczu i choroby
Musongati, 16.03.1999
Drodzy Przyjaciele Misji! Przesyłam moc gorących pozdrowień z Burundi. Obecnie obserwuje się u nas trochę odprężenia. Wszyscy interesują się niklem, którego złoża odkryto niedaleko Musongati. Ponowiono umowy z Republiką Południowej Afryki i mówi się o wielkich pracach, drodze asfaltowej, elektryczności i setkach ludzi, którzy otrzymają pracę. Myślę, że przyczyni się to do rozbudowy i rozwoju Musongati, które do tej pory znane było tylko z naszego Ośrodka Zdrowia.
Obecnie jesteśmy pośrodku pory deszczowej, a jednak deszcz nie pada. Pierwszy zbiór był bardzo ubogi, a teraz fasola ma kłopoty z kiełkowaniem z powodu braku deszczu. Liczniejsze rodziny żyją w prawdziwej biedzie, gdyż ten jedyny posiłek wieczorny jest niewystarczający, by zaspokoić głód. Ludność zapada zatem na różne choroby. Już od roku notujemy ciągłą epidemię malarii, której nawroty są częste z powodu osłabienia organizmu. Coraz częściej przyjmujemy do naszego szpitala pacjentów z gruźlicą. Z dnia na dzień powiększa się grupa dzieci niedożywionych. W tej sytuacji pomieszczenia naszego ośrodka są zbyt małe, by przyjąć wszystkich. Myślimy o wybudowaniu oddzielnego Centrum Zdrowia Dziecka, w którym mogłybyśmy służyć dzieciom, szczególnie tym niedożywionym, które obecnie przebywają w przepełnionym szpitalu. Dla wielu z nich jednak nie mamy miejsca, dochodzą więc do nas raz w tygodniu po porcje mleka w proszku. W takiej sytuacji powrót do zdrowia jest bardzo spowolniony. Nadto niekiedy rodzice decydują się sprzedać to mleko i kupić za nie trochę fasoli, gdyż w domu naprawdę nie ma co jeść. W szczególnie trudnej sytuacji są sieroty, których obecnie jest wszędzie dużo i które powiększają grono dzieci przygarniętych przez dalszą rodzinę. I tak na przykład obecnie w naszym szpitalu przebywa Emanuel, przyniesiony przez 15-letnią siostrę. Ich rodzice zmarli dwa lata temu. Oni oboje są zarażeni gruźlicą. Dosłownie resztkami sił dziewczynka dotarła z wioski do naszego szpitala, niosąc umierającego brata, prawie zagłodzonego, ze starczą twarzą, którą wykrzywiał każdy oddech. Wiele tygodni walczył ze śmiercią. Kiedy stan krytyczny minął, począł wracać do zdrowia. Dzisiaj mija już sześć miesięcy od ich przybycia. Są zdrowi, pełni życia, uśmiechnięci, zwłaszcza Emanuel, który urósł i wszystkich rozbraja swoją radością. Ale my patrzymy na nich z nie ukrywaną troską, gdyż wkrótce wrócą do domu, w którym jest jeszcze dwoje rodzeństwa w wieku 8 i 10 lat oraz ich dziadek, któremu brakuje już sił do pracy w polu. W domu bieda, nie ma co jeść i wszystko spocznie na ramionach 15-letniej Eufrazji.
Wiele rodzin potrzebuje materialnego wsparcia. zajmuje się nimi s. Zenobia, która ich odwiedza, aby zaradzić, poratować, podnieść na duchu.
Naszą opieką i pomocą otaczamy także więźniów.
W tym roku nasza ekipa medyczna powiększy się o jedną osobę. Będzie nią s. Agnieszka, Burundyjka, która w ubiegłym roku ukończyła szkołę medyczną i złożyła śluby wieczyste. Polecamy ją Waszym modlitwom, aby z całym oddaniem i zapałem służyła Chrystusowi w swoich cierpiących braciach. Kończąc życzymy Wszystkim Szczęść Boże!
Obecnie jesteśmy pośrodku pory deszczowej, a jednak deszcz nie pada. Pierwszy zbiór był bardzo ubogi, a teraz fasola ma kłopoty z kiełkowaniem z powodu braku deszczu. Liczniejsze rodziny żyją w prawdziwej biedzie, gdyż ten jedyny posiłek wieczorny jest niewystarczający, by zaspokoić głód. Ludność zapada zatem na różne choroby. Już od roku notujemy ciągłą epidemię malarii, której nawroty są częste z powodu osłabienia organizmu. Coraz częściej przyjmujemy do naszego szpitala pacjentów z gruźlicą. Z dnia na dzień powiększa się grupa dzieci niedożywionych. W tej sytuacji pomieszczenia naszego ośrodka są zbyt małe, by przyjąć wszystkich. Myślimy o wybudowaniu oddzielnego Centrum Zdrowia Dziecka, w którym mogłybyśmy służyć dzieciom, szczególnie tym niedożywionym, które obecnie przebywają w przepełnionym szpitalu. Dla wielu z nich jednak nie mamy miejsca, dochodzą więc do nas raz w tygodniu po porcje mleka w proszku. W takiej sytuacji powrót do zdrowia jest bardzo spowolniony. Nadto niekiedy rodzice decydują się sprzedać to mleko i kupić za nie trochę fasoli, gdyż w domu naprawdę nie ma co jeść. W szczególnie trudnej sytuacji są sieroty, których obecnie jest wszędzie dużo i które powiększają grono dzieci przygarniętych przez dalszą rodzinę. I tak na przykład obecnie w naszym szpitalu przebywa Emanuel, przyniesiony przez 15-letnią siostrę. Ich rodzice zmarli dwa lata temu. Oni oboje są zarażeni gruźlicą. Dosłownie resztkami sił dziewczynka dotarła z wioski do naszego szpitala, niosąc umierającego brata, prawie zagłodzonego, ze starczą twarzą, którą wykrzywiał każdy oddech. Wiele tygodni walczył ze śmiercią. Kiedy stan krytyczny minął, począł wracać do zdrowia. Dzisiaj mija już sześć miesięcy od ich przybycia. Są zdrowi, pełni życia, uśmiechnięci, zwłaszcza Emanuel, który urósł i wszystkich rozbraja swoją radością. Ale my patrzymy na nich z nie ukrywaną troską, gdyż wkrótce wrócą do domu, w którym jest jeszcze dwoje rodzeństwa w wieku 8 i 10 lat oraz ich dziadek, któremu brakuje już sił do pracy w polu. W domu bieda, nie ma co jeść i wszystko spocznie na ramionach 15-letniej Eufrazji.
Wiele rodzin potrzebuje materialnego wsparcia. zajmuje się nimi s. Zenobia, która ich odwiedza, aby zaradzić, poratować, podnieść na duchu.
Naszą opieką i pomocą otaczamy także więźniów.
W tym roku nasza ekipa medyczna powiększy się o jedną osobę. Będzie nią s. Agnieszka, Burundyjka, która w ubiegłym roku ukończyła szkołę medyczną i złożyła śluby wieczyste. Polecamy ją Waszym modlitwom, aby z całym oddaniem i zapałem służyła Chrystusowi w swoich cierpiących braciach. Kończąc życzymy Wszystkim Szczęść Boże!
Klemensa, siostra, z całą wspólnotą
Nowa placówka
Rushooka, 14.02.1999
Drodzy Czytelnicy! Bardzo serdecznie pozdrawiam z pięknej, zielonej Ugandy. 7 października ubiegłego roku, pięć sióstr ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości po raz pierwszy przybyło na afrykańską ziemię. Wśród nich były ss. Alaisde I Magne z Brazylii, Ancilla z Niemiec, Vedrana z Chorwacji i ja z Polski. Zamieszkałyśmy w Rushooka – małej wiosce położonej w górach, w pobliżu granicy z Rwandą. Przed trzema laty przybyli tutaj franciszkanie tworząc także wspólnotę międzynarodową. Od stycznia dołączył do nich jeden Polak, o. Dariusz Stępiuski.
W wiosce przyjęto nas bardzo życzliwie i serdecznie. Mieszkańcy ucieszyli się, że siostry są i żyją wśród nich. Szczególnie dzieci, które zawsze z radością i uśmiechem biegną na nasze spotkanie i tulą się do nas. W Rushooka jest ich sporo, ponieważ właśnie tutaj znajduje się sierociniec dla 600 dzieci oraz katolicka szkoła podstawowa dla 100 dzieci, a nadto jeszcze szkoła średnia dla młodzieży. Ta ostatnia jednak – z powodu braku funduszy – świeci pustkami. Na początku lutego rozpoczął się u nas rok szkolny. Wiele dzieci przychodzi prosić o długopis czy zeszyt. Młodzież natomiast prosi o opłacenie szkoły. Tym ostatnim niestety, nie jesteśmy w stanie pomóc. Tak więc zamiast się uczyć, z reguły pozostają w domu i pomagają rodzicom.
Chociaż jesteśmy tu bardzo krótko, gorliwie uczymy się miejscowego języka, poznajemy zwyczaje i troski ludzi. Ludzie cieszą się, gdy potrafimy poprawnie odpowiedzieć na ich pozdrowienia, których mają bardzo wiele.
Nasza praca polega przede wszystkim na posłudze w miejscowej przychodni lekarskiej. Pracują tam dwie siostry. Przyjmują chorych – przeważnie dzieci z wielkimi ranami na nogach i plamami na skórze. Jedna z sióstr prowadzi katechezę w języku angielskim oraz przygotowuje liturgię. Ja zajmuję się posługą wśród miejscowych kobiet. Uczę ich gotowania i wzbogacania posiłków o konieczne składniki, wykorzystując to, co posiadają na miejscu. Prowadzę także kursy higieny.
Codziennie uczestniczymy w Mszy św. w miejscowym kościele. Uczestniczy w niej ok. 70-80 osób, w tym wielu młodych i dzieci. Liturgia zawsze jest tu bogata w śpiewy, gesty i klaskania. Każdy dzień spędzony tutaj wydaje mi się pełen bogactwa i wrażeń. Wiem, że jest to możliwe, gdyż jestem wspierana modlitwami wielu Przyjaciół Misji. Jest ona bardzo potrzebna, szczególnie naszej młodej misji w Rushooka. Dlatego proszę, wspierajcie nas duchowo! Z Bogiem!
W wiosce przyjęto nas bardzo życzliwie i serdecznie. Mieszkańcy ucieszyli się, że siostry są i żyją wśród nich. Szczególnie dzieci, które zawsze z radością i uśmiechem biegną na nasze spotkanie i tulą się do nas. W Rushooka jest ich sporo, ponieważ właśnie tutaj znajduje się sierociniec dla 600 dzieci oraz katolicka szkoła podstawowa dla 100 dzieci, a nadto jeszcze szkoła średnia dla młodzieży. Ta ostatnia jednak – z powodu braku funduszy – świeci pustkami. Na początku lutego rozpoczął się u nas rok szkolny. Wiele dzieci przychodzi prosić o długopis czy zeszyt. Młodzież natomiast prosi o opłacenie szkoły. Tym ostatnim niestety, nie jesteśmy w stanie pomóc. Tak więc zamiast się uczyć, z reguły pozostają w domu i pomagają rodzicom.
Chociaż jesteśmy tu bardzo krótko, gorliwie uczymy się miejscowego języka, poznajemy zwyczaje i troski ludzi. Ludzie cieszą się, gdy potrafimy poprawnie odpowiedzieć na ich pozdrowienia, których mają bardzo wiele.
Nasza praca polega przede wszystkim na posłudze w miejscowej przychodni lekarskiej. Pracują tam dwie siostry. Przyjmują chorych – przeważnie dzieci z wielkimi ranami na nogach i plamami na skórze. Jedna z sióstr prowadzi katechezę w języku angielskim oraz przygotowuje liturgię. Ja zajmuję się posługą wśród miejscowych kobiet. Uczę ich gotowania i wzbogacania posiłków o konieczne składniki, wykorzystując to, co posiadają na miejscu. Prowadzę także kursy higieny.
Codziennie uczestniczymy w Mszy św. w miejscowym kościele. Uczestniczy w niej ok. 70-80 osób, w tym wielu młodych i dzieci. Liturgia zawsze jest tu bogata w śpiewy, gesty i klaskania. Każdy dzień spędzony tutaj wydaje mi się pełen bogactwa i wrażeń. Wiem, że jest to możliwe, gdyż jestem wspierana modlitwami wielu Przyjaciół Misji. Jest ona bardzo potrzebna, szczególnie naszej młodej misji w Rushooka. Dlatego proszę, wspierajcie nas duchowo! Z Bogiem!
Chyla Angelika, Córka Bożej Miłości








