MD
Misyjne drogi
zmiana stylu:
100% lub 800 pikseli

Listy misjonarzy


Pozdrowienia z nowego klasztoru na polarnej wyspie

Tromso, 10.12.1990
Gorące pozdrowienia z naszej zimnej wysepki polarnej. Cała nasza dwunastka przebywa na zaproszenie bpa Gerharda Goebel na tej wyspie już od trzech miesięcy. Na przeciwko nas stały ląd z miastem Tromsö (Norwegia).

Islandia pożegnała nas z płaczem, a my aż dotąd tęsknimy za tą lodowatą wyspą, która dziwnie nas zauroczyła. Pozostało na niej jeszcze piętnaście sióstr karmelitanek. Tu uczymy się nowego języka, poznajemy nowych ludzi i nową kulturę, a przede wszystkim uczymy się kochać tę nową ojczyznę. A to nie przychodzi nam łatwo. Jesteśmy tu już trzy miesiące, a jeszcze nikt prawie nas nie odwiedził. A w Islandii! W Islandii od pierwszego dnia pozyskałyśmy dziesiątki przyjaciół, którzy dawali nam swoje numery telefonów i gotowi byli do każdej posługi. Tutaj jeszcze nikt taki się nie znalazł. Sprawy w sklepie i na poczcie załatwia nam jeden z polskich misjonarzy. To jest nasz jedyny Przyjaciel, ale wspaniały. Biskup także troszczy się o nas jak ojciec, ale wiadomo, jak to biskup, ma wiele własnych spraw i trosk.

Mieszkamy w zwykłym, rodzinnym domu, zresztą obszernym i pięknym. Niebawem chcemy rozpocząć budowę monasteru. Będzie to pierwszy monaster w północnej Norwegii. W Oslo są siostry dominikanki, ale stąd do Oslo daleko, jak z Oslo do Rzymu. Tutejsi ludzie nie znają żadnej tradycji życia zakonnego - nie wiedzą co to jest karmel. Wyraz „karmel” nie mówi im dosłownie nic. Ludzie są też tutaj raczej zamknięci, jacyś nieufni. W miejscowym czasopiśmie były już trzy wywiady z nami, lecz dopiero trzeci z nich nieco ich poruszył. Dlaczego? Otóż siostry zauroczone i zachwycone obfitością śniegu, zaczęły się obrzucać śnieżkami - i to właśnie do nich przemówiło i nieco ich ośmieliło.

Musimy się także pochwalić jedną jeszcze radością: Ojciec Święty napisał do nas osobiście pełen pociechy list. List ten był dla nas jak słońce o północy i aż dotąd promieniuje wśród obecnych, strasznych ciemności. Mówiono nam, że będzie trzymiesięczna noc, ale nie wierzyłyśmy, że będzie aż tak czarna. Już cały miesiąc nie odsłaniamy okien, ponieważ światło palimy na okrągło. To trochę szokuje nawet karmelitankę, przyzwyczajoną do duchowych NOCY. Jednak te duchowe NOCE przeszywane są od czasu do czasu promykiem światła dłuższego lub krótszego. Te polarne zaś są bezlitosne. Nie odróżnia się nocy od dnia. Mamy jednak nadzieję, że wkrótce przecież się rozwidni. Z Bogiem!
Dąbrówka od Trójcy Przenajśw., karmelitanka

Uczymy się tolerancji i wzajemnego szacunku

Garoua-Boulai, 12.11.1990
W jednym z ostatnich numerów „Misyjnych Dróg” opublikowano mój list do Waszych Kochanych Dzieci. Obecny adresuję szczególnie do Was, Kochani Rodzice i Wychowawcy, pragnąc się z Wami podzielić naszymi doświadczeniami nauczania religii w szkole. Niech to będzie mój skromny przyczynek do ożywionej dyskusji, jaka toczyła się w związku z powrotem religii do szkół w naszej ojczyźnie.

Do naszej szkoły misyjnej uczęszcza w tym roku 550 dzieci. Pochodzą z rodzin różnych wyznań i religii. Mieszkańcy Garoua-Boulai są podzieleni pod względem religijnym na trzy wielkie grupy, mianowicie katolików, protestantów i muzułmanów. Jest również kilka sekt, jak Bahaja czy Jehowici i inne. Można powiedzieć, że dzieci naszej szkoły to swoisty konglomerat różnych plemion i religii, które łączy chęć do nauki, wspólny państwowy język (francuski) oraz wiara w Boga - Ojca wszystkich.

Podczas katechezy dzieci muzułmańskie zostają, ze względu na regulamin szkolny i na bezpieczeństwo, w sali. Siedzą razem, zgrupowane w jednym rzędzie i odrabiają zadania z innych przedmiotów. Niektóre się przysłuchują, zwłaszcza gdy ich coś ciekawi. Nie mamy przed nimi nic do ukrycia, przeciwnie, dobrze, że poznają naszą naukę, zwyczaje, a przede wszystkim cenna jest nauka tolerancji i wzajemnego szacunku wobec rówieśników o innych przekonaniach religijnych.

Dzieci protestanckie są o wiele bardziej zaprzyjaźnione z dziećmi katolickimi i nie czuje się prawie żadnej różnicy w ich zachowaniu pod względem religijnym. Można powiedzieć, że mają świadomość, iż tworzą jedną rodzinę chrześcijańską. Również dzieci z rodzin jehowickich przychodzą na wspólną katechezę i bynajmniej się nie izolują. Tak przysłuchując się czasem ich dyskusjom, już nieraz słyszałam zdanie: „Jest jeden Bóg dla nas wszystkich”.

Muszę Wam wyznać Drodzy Rodzice, że nauczyłam się tutaj dopiero prawdziwego ducha tolerancji i wzajemnego szacunku dla ludzi o różnych przekonaniach religijnych. W każdym razie uczymy się tego ducha wszyscy. Bóg prowadzi ludzi do siebie różnymi drogami i trzeba to umieć uszanować. Krzyż na ścianie naszych klas nikogo nie drażni a do wspólnej modlitwy wszyscy się włączają i obecność kapłana czy siostry zakonnej spotyka się w szkole z szacunkiem wszystkich. Pracuję tu już trzy lata w tej szkole i to z dużą satysfakcją - widząc jak młodzież się rozwija i zbliża.

Drodzy moi. Zanim tu przybyłam, pracowałam przez 15 lat jako katechetka u nas w kraju - zwłaszcza w Lublinie i Tarnobrzegu. Mam bardzo miłe wspomnienia z tej pracy. Należy Bogu dziękować za to, że teraz religia wróciła do szkół - myślę przede wszystkim o tym klimacie jakiego tutaj doświadczyłam, o szansach kształtowania swoich przekonań religijnych i zarazem szacunku dla wszystkich. Zawsze patrzę z podziwem na naszego Ojca Świętego jak stara się być Ojcem dla wszystkich ludzi, bez względu na ich przekonania religijne.

Drodzy Rodzice i Wychowawcy, bardzo serdecznie Was pozdrawiam z Kamerunu, pozdrawiam dzieci, zwłaszcza te, które kiedyś uczyłam. Modlę się często w Waszych intencjach i życzę Wam również radosnych doświadczeń w szkołach w ojczyźnie naszej.
S. Tadea-Józefa Augustyn OP

Czterdziestolecie naszej misji

Lam, 31.10.1990
Nasza misja obchodziła w ubiegłą niedzielę czterdziestolecie swego założenia. W obecności wielu zaproszonych gości dziękowaliśmy Bogu za wszystkie dobra, jakich parafia doznała w tym okresie. Bardzo piękne i treściwe przemówienie wygłosił z tej okazji nasz były katecheta Jean Maingle, który należał do pierwszych chrześcijan tej misji. To, co powiedział, było nie tylko ciekawą historią misji, ale zarazem wymownym świadectwem autentycznego uczestnika tych dziejów. Przytaczam najważniejsze fragmenty tej opowieści:

„Lam w języku gidarskim oznacza »kezlam«, tzn. wpaść do dołu. Być może, że pierwsi Gidarzy napotkali tu u stóp góry Lam jeszcze większą dolinę, albo po prostu było tu wiele dołów, do których zdarzało się im wpadać. Najważniejsze jednak, że przybyli tu przynagleni nakazem Jezusa Chrystusa pierwsi misjonarze - a byli to Oblaci Maryi Niepokalanej. Był to rok 1946, gdy dotarli do północnego Kamerunu. W 1948 r. jeden z nich, mianowicie o. Elie Beve, przyjechał zobaczyć nasz kraj Gidarów. Odwiedził dużo wiosek. Mówił w języku fulfulbe: »Przywiozłem Wam Słowo Boże, ogłaszam Wam Dobrą Nowinę«. Mieszkańcy wiosek nie przyjęli Ojca, nie zgodzili się by u nich zamieszkał. Kiedy jednak dotarł do Lam, starszyzna wioski zebrała się wokół niego i zgodziła się, aby się osiedlił u nas, i tu rozpoczął głosić słowo Boże.

O. Beve zabrał się energicznie do pracy ewangelizacyjnej. Z jego ust usłyszeliśmy po raz pierwszy imię Jezus. Pokazał nam swój krzyż misjonarski, figurkę Matki Bożej i obrazy różnych świętych. Jak wspomniałem, ojciec mówił w języku fulfulbe, ale kiedy nauczył się trochę naszego języka gidarskiego, ludzie pełni radości mówili: »teraz wiemy, że to nasza wiara - nasza modlitwa« - i kaplica zapełniała się coraz bardziej.

Pierwsze uroczyste chrzty św. odbyły się 18 kwietnia 1954 r. To było wielkie święto. Byłem między tymi pierwszymi szesnastoma. Wybrałem na swego patrona św. Jana Ewangelistę.

Widząc liczne rzesze młodzieży i wielu dotkniętych chorobami o. Beve wnet zorganizował szkołę i przychodnię lekarską. Wnet dołączyli do niego następni misjonarze: o. Claude Tissot i o. Lucien Le Calve, a potem wspólnota sióstr Ducha Świętego z Francji. Wzięła ona pod opiekę szkołę i przychodnię. Siostry zajęły się rodzinami po wioskach. Ich poświęcenie było bez granic - a liczba ochrzczonych wciąż rosła. To misjonarze z Lam założyli kolejne miejsce w Guider, Bidzar i Midjivin. Nie mogę zapomnieć przepięknej uroczystości, gdy w 1958 r. bp Plumey ochrzcił u nas 240 nowych wiernych.

Nasza misja wydała pierwszego misjonarza oblata Claude Dawai. Również z naszej misji pochodzi drugi o. Edouard Haman OMI. Dwa lata temu nasza dawna parafianka s. Maria Celena Mongulkou złożyła swoje pierwsze śluby jako Służebniczka Śląska.

Od 1971 r. pracują tu polscy oblaci i rodzime zgromadzenie Córek Maryi z Jaunde. Z pośród Polaków pracowali tu ojcowie: T. Krzemiński, E. Jureczko, H. Dejneka, M. Rejkowicz. W. Kozioł, A. Rolek, J. Kobzan i H. Dąbrowski.

I tak nasz Lam »zapadnięta dziura« stała się żywotną misją. Słowo Boże padło u nas na dobrą ziemię. Należy za to Bogu dziękować. Jeszcze bardziej należy patrzeć w przyszłość. Pozostaje jeszcze wiele do zrobienia. Nie starczy być ochrzczonym - trzeba po chrześcijańsku żyć tak, aby nasze dzieci umiłowały swoje Boże powołanie. Chcemy teraz drukiem wydawać Nowy Testament w naszym języku. Pracujemy nad gidarskim mszałem niedzielnym. Żniwo jest naprawdę wielkie”. W naszej uroczystości uczestniczył sędziwy już dzisiaj o. Elie Beve oraz emerytowany abp Yves Plumey. Byli bardzo wzruszeni. Było wielu naszych polskich misjonarzy. Nam przypadło w udziale kontynuowanie tego wspaniałego zasiewu ziarna Bożego w Lam. Czytelnicy „Misyjnych Dróg” na pewno już nieraz o naszej misji słyszeli a wielu pamiętało o nas w modlitwach. Również Wam należy się wdzięczność. Niech to krótkie wspomnienie naszego katechety będzie właśnie wyrazem tej wdzięczności. Wszystkich serdecznie pozdrawiam.
Dąbrowski Henryk OMI

Pierwsze spotkanie

Edmonton, 28.10.1990
Upłynęły już dwa miesiące od chwili, gdy razem z o. Leszkiem Kwiatkowskim opuściliśmy Polskę i udaliśmy się na misję do Indian. Na nasze pierwsze spotkanie z nimi wyruszyliśmy w połowie lipca, zaraz po przybyciu do Edmontonu, gdzie przygotowujemy się do pracy ucząc się języka i wchodząc w nową dla nas kulturę. Od kilku dni bowiem nad Jeziorem Św. Anny trwało długie, pielgrzymkowe spotkanie Indian z terenu całej Ameryki Północnej, czyli USA i Kanady. Trudno mi powiedzieć, ilu Indian przybyło na to spotkanie - różni ludzie różnie oceniali, ale wydaje mi się, że zgromadziło się wszystkich ok. 15 tysięcy. Zaskoczył mnie przede wszystkim sam widok ich obozowiska. Spodziewałem się samych wigwamów indiańskich, a tymczasem większość koczowała w normalnych przyczepach kempingowych. Trzeba jednak podkreślić, że wigwamów (tradycyjnych, bardzo ozdobnych) było również sporo.

Po co tam pojechaliśmy? By zetknąć się wreszcie z tymi, wśród których mamy żyć i pracować. Nauczono nas tam po angielsku błogosławieństwa różnych przedmiotów i w ten sposób naszym podstawowym zadaniem stało się ich poświęcanie, podczas gdy inni współbracia całymi godzinami spowiadali w konfesjonałach. Indianie przynosili nam do pobłogosławienia wszystko, każdą pamiątkę, którą zakupili, obojętnie, czy była to książeczka do modlitwy, różaniec czy zwykła czapka, lalka, kamienie z jeziora, muszle, czy coś tam jeszcze. Dla Indian błogosławieństwo księdza jest bardzo ważne i bardzo je sobie cenią, dlatego przynoszą dosłownie wszystko.

Sama pielgrzymka - zorganizowana przez Misjonarzy Oblatów M.N. - przygotowana była bardzo starannie. Codziennie odprawiano dwie Msze św. w różnych językach indiańskich, różaniec. Godzina Święta i oczywiście spowiedź. Raz była Droga Krzyżowa, raz udzielano Sakramentu Chorych i odnawiano przyrzeczenia Chrztu Świętego. Jednym z ważniejszych momentów było poświęcenie samego Jeziora Św. Anny. Co się tam wtedy nie działo! Jak zawsze, tak i tym razem, obecny był biskup, który procesyjnie przybywa nad jezioro, wsiada do łodzi i wypływa na kilkadziesiąt metrów od brzegu. Odbywa się wtedy coś w rodzaju nabożeństwa z kazaniem i specjalną modlitwą - błogosławieństwem jeziora. Dla Indian jest to najważniejszy moment w całej pielgrzymce. Wtedy wszyscy wchodzą do jeziora, które jest strasznie brudne, ale za to bardzo płytkie (nawet kilkadziesiąt metrów od brzegu ma nie więcej, niż metr głębokości). Wszyscy wchodzą w ubraniach i kąpią się, nie zważając na to, czy woda jest ciepła, czy też zimna. Skąd się wzięło całe to nabożeństwo? Otóż kiedyś jezioro to było poświęcone diabłu. Gdy przyszli pierwsi misjonarze, poświęcili je św. Annie. Z biegiem czasu stało się miejscem pielgrzymkowym wszystkich Indian Ameryki północnej. Tegoroczna pielgrzymka była 101 pielgrzymką Indian do tego miejsca.

Jak wielkie znaczenie dla Indian ma ta pielgrzymka, mówi choćby fakt pieszej wędrówki grupy mężczyzn z Black Lake (gdzie kiedyś wspaniale pracował nasz rodak, o. Leon Mokwa OMI) które jest oddalone od Jeziora Św. Anny o 1500 km. Szli oni ponad trzy miesiące (tak! tak!). Myślę, że jest to wyraz ich silnej wiary. Drugim przykładem może być mający ponad sto lat Indianin (niestety, zapomniałem skąd), który pielgrzymował już nad Jezioro Św. Anny ponad 70 razy.

W czasie Mszy św. wspaniale śpiewał chór Indian. Mnie natomiast najbardziej utkwił w pamięci hymn na cześć Boga, zaśpiewany przez Indianina po Przeistoczeniu. Po nim, w czasie Ojcze Nasz nastąpił piękny taniec.

Do Edmontonu zabraliśmy więc z nad Jeziora Św. Anny moc wrażeń. A przecież to jeszcze nie misje! Życzę wszystkim: Szczęść Boże!
Kler Leon OMI

Zasłuzony dla Chin

Ndola, 28.10.1990
Pisząc wspomnienie o naszym zmarłym współbracie: o. Florianie Pytce pomyślałem, że dobrze będzie również, gdy udostępnię je Czytelnikom „Misyjnych Dróg”.

O. Florian Pytka urodził się w dniu 26 października 1910 r. w Biskupicach, w Małopolsce. Już w szesnastym roku życia wstąpił do zakonu braci mniejszych konwentualnych we Lwowie. Jeszcze jako kandydat został wysłany do Włoch, gdzie odbył nowicjat i złożył swoje pierwsze śluby. Wieczystą profesję złożył już w Chinach, gdzie w 1925 r. franciszkanie założyli swoją misję w Hingen. Brat Florian Pytka dociera tam w 1931 r. pełniąc zwykle obowiązki domowe: jest ogrodnikiem, „zaopatrzeniowcem” klasztoru, posłańcem i ekonomem.

„Placówki misyjne franciszkańskiej prefektury w Hingen - opowiadał - są położone pośród gór. W tamtych latach łączyły je tylko górskie ścieżki dla pieszych. Podróż piesza do najbardziej wysuniętych placówek trwała kilka dni. Trzeba więc było nocować w prymitywnych schroniskach, przeprawiać się przez rwące górskie rzeki; było się narażonym na zbójeckie bandy, które stanowiły wówczas w Chinach prawdziwą, społeczną plagę. Wielokrotnie w czasie takiej podróży pragnienie dusiło niemiłosiernie a głód skręcał jelita. Chiny nie obfitowały w dobrobyt...”

Nowy rozdział w jego życiu misyjnym w Chinach otworzyła praca w służbie zdrowia, do której się przygotował jeszcze we Włoszech. Podjął się jej, gdyż jedynemu ośrodkowi zdrowia, jaki istniał w miasteczku Hingen, groziło zamknięcie.

Przez przychodnię prowadzoną pod jego kierownictwem przeszło tysiące ludzi. Specjalizował się w leczeniu chorób oczu. Przeprowadzał nawet operacje. Doceniły to władze Chin przedrewolucyjnych: o. Floriana nagrodzono trzema marmurowymi tablicami, na których - zgodnie z panującym zwyczajem, honorującym w sposób szczególny zasłużonych dla narodu chińskiego obywateli - wypisano złotymi literami jego imię i nazwisko.

Jego pracę doceniły nawet nowe, wyłonione po rewolucji, władze: był jednym z niewielu misjonarzy - obcokrajowców, któremu pozwolono pracować w Hingen nieomal do ostatniego dnia przed ostatecznym wysiedleniem w 1952 r.

Po wygnaniu brat Florian znalazł się na powrót we Włoszech, gdzie uzupełnił studia medyczne i zdobył pełne uprawnienia lekarskie. Ukończył też studia teologiczne i otrzymał w 1957 r. święcenia kapłańskie.

Dwa lata później wyruszył na nowy szlak misyjny, tym razem do Zambii, na placówkę św. Antoniego Padewskiego, położoną w głębi buszu (ok. 160 km od Ndota - centrum Zagłębia Miedziowego). Przez sześć lat był tam przełożonym. Dzięki własnemu wysiłkowi i zapobiegliwości wybudował tam szpital mieszczący 18 łóżek. Przez pierwsze lata pełnił też funkcję jego dyrektora. Wkrótce wybudował dom dla Franciszkanek Misjonarek Asyskich i im powierzył opiekę nad szpitalem.

Drugą jego placówką misyjną w Zambii była położona nad rozległymi moczarami misja św. Józefa, gdzie nabawił się przewlekłej choroby - bilhacji. W następnych latach ze składek Polaków z kraju i z zagranicy buduje kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana Marii Kolbego w Kawama.

Jego ciche i pełne pracowitości życie gasło w coraz to szybszym tempie od kwietnia br. Zmarł w niedzielę, 14 października 1990 r.

Pogrzebano go razem z o. Leonem Cusimano, Włochem, na cmentarzu w misji św. Teresy od Dzieciątka Jezus, w dniu 18 października br. Ich pogrzeb zgromadził prawie wszystkich kapłanów z diecezji, bardzo wielu wiernych oraz braci i sióstr zakonnych. Niech Bóg obdarzy ich wiekuistym szczęściem!
Sobiech Artur OFMConv., brat

Noc spędzona z nieboszczykiem

Malargue, 26.10.1990
Ponad rok już przebywam w Argentynie. Powitano nas, tutaj, po przyjeździe z Hiszpanii, niezwykle serdecznie. Wkrótce też mieliśmy okazję spotkać się z naszymi współbraćmi polskimi pracującymi w Paragwaju (oo. Stanisław Biskup, Józef Orzechowski, Sławomir Trzasko). Od marca natomiast jesteśmy już na „stałych” placówkach: Grzegorz (o. Grzegorz Górski OMI) na wschodzie Argentyny w Santa Fe, ja na zachodzie w górach Andach. Malargue - miejscowość, w której mieszkam, leży w prowincji Mendoza (jakieś 300 km na północny zachód od miasta Mendoza, blisko granicy z Chile). Malargue posiada ok. 13 tysięcy mieszkańców, przynależących do jednej parafii, w której jest dwóch - w podeszłym już wieku - misjonarzy hiszpańskich i od niedawna ja. Oprócz miasteczka opiekujemy się wioskami rozproszonymi na terenie obejmującym blisko 44 tys. km kw., gdyż w całej okolicy nie ma innych kapłanów. Jako najmłodszy przejąłem prawie wszystkie wyjazdy... Przed każdym z nich podaję wiadomość przez radio, dokąd i kiedy jadę (Malargue ma własną stację radiową, słuchają prawie wszyscy mieszkańcy w okolicy) i w ten sposób gromadzę ludzi na lokalnych spotkaniach i Eucharystii, odprawianej w skromnych kaplicach i po domach (nieraz poszczególne rodziny przebywają 50-60 km drogi na jednym koniu, by dotrzeć na wspólną Mszę św. we wskazanym miejscu. Raz zdarzyło mi się nawet odprawić Mszę św. w szczerym polu - ołtarzem była wtedy maska samochodu.

Trudne warunki terenowe, brak dróg i rozwiniętej komunikacji, uniemożliwiają także praktycznie w naszych stronach systematyczną naukę w szkole - analfabetyzm sięga 70% ogółu mieszkańców. Wielkie jest też ubóstwo mieszkańców stepów. Podstawę ich pożywienia stanowi chleb (tzw. pancasero) i kozie mięso, a najczęstszy napój - herbata. Zadziwia jednak serdeczność i gościnność tych ubogich potomków Indian i białych (samych Indian jest niewielu) a także ich niezwykła solidarność rodzinna. Troszczą się nawzajem o siebie za życia i pragną swego zbawienia po śmierci, czego doświadczyłem mocno, gdy pewnego razu, w nocy, z dala od domu, postanowiłem przenocować w domostwie pierwszej napotkanej po drodze rodziny. Trafiłem na pogrzeb, który połączony jest u nas ze skromną, ale za to całonocną, biesiadą i czuwaniem przy zwłokach zmarłego. Pomyślałem: „No to koniec mego spania!” Zdziwiony jednak usłyszałem: „Padre, jesteś zmęczony. Odpraw nam tylko Mszę św. i połóż się spać”. I tak uczyniłem kładąc się pod pobliskim drzewem, gdyż noc była ciepła. Jakież było moje zdziwienie, gdy nad ranem obudziłem się i stwierdziłem, że nie śpię sam, a wokół mnie czuwa cała rodzina. „Padre - tłumaczyli mi - nasz zmarły nie należał zbytnio do ludzi, którzy chwalą Boga. Położyliśmy go więc obok ojca, by się trochę uświęcił, zanim oddamy go matce ziemi...”

Tą niezwykłą nieco przygodą kończę mój pierwszy list do „Misyjnych Dróg” życząc wszystkim wielkiej gorliwości w zabieganiu o sprawy Boże. Szczęść Boże!
Iwanek Jerzy OMI

Tak wygląda nieraz nasze życie codzienne

Lubumbashi, 30.09.1990
Jestem w drodze, a ponieważ zepsuło się koło naszej ciężarówki, korzystam z tej okazji, by pisać listy. Jest to pierwsza podróż ciężarówką z produktami rolnymi, gdyż pora sucha już się tu u nas w Zairze rozpoczęła. A więc znowu trzeba pracować w służbie drogowej. W tym roku wyjątkowo dużo, bo deszcze były ciągłe i obfite. Wszystkie rzeki wylewały, no i wiele mostów popłynęło z wodą. W tej chwili rzeki dochodzą do normy, ale niestety mosty nie wróciły na swoje miejsca. Każdy, kto jakoś przejedzie, pozostawia ich stan taki, jaki zastał. Przed przejazdem je trochę poreperuje, ale kiedy ma szczęście, że przejedzie, nie patrzy już za siebie, tylko przed siebie. Na naszej drodze przejechały w ten sposób już cztery ciężarówki, a nasza była piąta. Według tutejszego zwyczaju my również nie patrzymy wstecz. Być może będziemy wracali tą samą drogą, ale to już przyszłość. Tu się żyje dniem dzisiejszym. Są miejsca, gdzie nie ma nawet znaku, że był tam kiedyś most. Trzeba więc najpierw wszystko wyładować, potem przenieść na drugą stronę i znowu załadować, a jest tego około 6 ton. Ale na razie mamy postój. Dopiero to początek - a co przed nami, tego nie wiemy...

W tym roku przybyło mi pracy, bo budujemy przychodnię zdrowia. Ponieważ nie mamy nikogo do tej budowy, muszę udawać inżyniera i kierować wszystkimi pracami. Po raz pierwszy przyjdzie mi wypalać cegłę, tego jeszcze nigdy nie robiłam - ale we wiosce nikt się na tym nie zna. Jak dotąd pracy mi nie brakuje. Pomaganie ludziom - to także część naszego przepowiadania Dobrej Nowiny.

Przerwałam pisanie, bo pojechaliśmy dalej. Niestety zepsuło się drugie koło. Zmiana idzie dość szybko. Już daleko nie zajedziemy, bo nie mamy świateł w samochodzie. O godz. 20.00 idę spać w kabinie ciężarówki - pasażerowie i kierowca przy ognisku. O świcie wyjeżdżamy. Niestety po godzinie jazdy znowu koło i już nie mamy rezerwy. To pewne, że nie dojedziemy. Czeka nas jeszcze jedna noc w drodze. O trzeciej po południu dojechaliśmy do Lubumbashi. Trzeba było poświęcić dzień na naprawę ciężarówki. Dzisiaj ładujemy cement i po południu wyjeżdżamy.

Tak wygląda nieraz nasze życie codzienne. Oczywiście siostry, które pracują na miejscu, mają też różne nieprzewidziane wypadki, szczególnie w szpitalu, na porodówce, gdzie nie ma lekarza. Ale obecność Boga jest bardzo widzialna. Myśląc i patrząc po ludzku - są to nieraz sprawy nie do rozwiązania. Z pomocą Bożą wszystko jest możliwe.

Kończę pozdrawiając wszystkich. Złączona w modlitwie.
Sarzyńska Teodora FMM, siostra

Coś naprawdę pokrzepiającego...

Mahanoro, 12.09.1990
Wreszcie dzisiaj będę mógł opisać coś naprawdę pokrzepiającego nas i naszych Przyjaciół. Teraz, w niedzielę 9 września 1990 r. superior naszej delegatury, o. Franciszek Chrószcz OMI, przyjął pierwsze śluby zakonne dwóch Malgaszy. Tak! W dniu 9 września br. zaczął się nowy, ważny etap w życiu naszej oblackiej wspólnoty na Madagaskarze. Otrzymaliśmy wspaniałe owoce działania Ducha Świętego i misyjnego trudu. To cieszy, ale i zobowiązuje. Na to święto przybył każdy oblat, któremu tylko pozwoliły na to obowiązki. Wspaniała uroczystość!

Jean Didier z Marolambo ukończył już studia filozoficzne w Wyższym Seminarium Duchownym w Diego Suarez i w tym roku uda się do Zairu, by tam studiować teologię i - po czterech, pięciu latach - otrzymać święcenia kapłańskie. Będzie on pierwszym kapłanem malgaskim wśród oblatów. Drugi nasz współbrat, Augustyn, pochodzi z wioski leżącej nad Mangoro, ok. 40 km od Ambinanindrano. Ochrzczony został przed 5 laty, gdy miał lat 16. Potem uczył się stolarki w Tamatave. Za cztery, pięć lat złoży śluby wieczyste.

Na ich śluby przybyły także ich rodziny, seminarzyści oraz nasi aspiranci. Oni to prowadzili śpiewy w kościele podczas Mszy św. o 8.30. W czasie jej trwania rodzice nowicjuszy siedzieli w pierwszych ławkach. Ojcowie, brat Zygmunt, seminarzyści i ministranci weszli głównymi drzwiami kościoła przy śpiewie wszystkich obecnych. Jak w każdą niedzielę używaliśmy też kadzidła. Po modlitwie młodzież tańcząc przyniosła księgę Pisma Świętego, wyrażając swą radość z otrzymania Bożego Słowa. Po kazaniu nowicjusze zostali wezwani do ołtarza i przez słowa: „Oto jestem”, wyrazili gotowość zaangażowania się w życie zakonne. Potem, już na krótko, powrócili jeszcze do swoich rodziców, którzy odprowadzili ich do ołtarza i tam udzielili im błogosławieństwa, pokrapiając wodą święconą, kładąc ręce na ich głowach i wypowiadając spontanicznie słowa błogosławieństwa, bez używania formułek.

Dopiero teraz nowicjusze odczytali tekst ślubów zakonnych, który położyli na ołtarzu, uprzednio podpisawszy. Po poświęceniu sutann udali się do zakrystii i tam ubrali się. Powrócili przed ołtarz w stroju oblackim, by tam otrzymać jeszcze „Konstytucje i reguły”, według których mają odtąd żyć. Nie powrócili już do ławki, do swoich rodziców. Przez pozostałą część Mszy św. pozostawali wśród oblatów - ich nowej rodziny.

Wszyscy złożyli im gratulacje i serdeczne życzenia, po czym odśpiewali wspólnie pieśń Maryjną i złożyli wyznanie wiary. Potem jeszcze Komunia św. oraz życzenia od miejscowej wspólnoty chrześcijańskiej. Na koniec wszyscy procesjonalnie udaliśmy się do groty Maryjnej.

Następnego dnia po uroczystości obydwaj młodzi oblaci udali się do wioski Augustyna, gdzie mieszkańcy przygotowali im własną gościnę. My zaś tego dnia obchodziliśmy 10-lecie przybycia na Madagaskar naszego superiora, o. Franciszka Chrószcza, oraz obradowaliśmy przez cały dzień nad naszą najbliższą przyszłością, rozpoczynając to wszystko Mszą św. w języku polskim.

Z serdecznym pozdrowieniem w Chrystusie i Maryi Niepokalanej.
Sadowski Jan OMI


 
Copyright 2005-2009 ©
Misyjne Drogi